Jump to content

Taiteilija

Moderators
  • Content Count

    1,954
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    166

Everything posted by Taiteilija

  1. Pokłóciłabym się dalej, ale w sumie nie lubię się kłócić. Właściwie to się nie kłócę. Nie bardzo. Rzadko kłócę się bardzo. Co do disco polo, założyłam, że stwierdzenie, iż muzyka disco jest popularna szczególnie w Polsce i w Rosji dotyczy współczesnej muzyki disco, tworzonej przez polskich i rosyjskich wykonawców, bo (co do Rosji nie mam pojęcia, choć wiem o popularności piosenek pokrewnych do disco polo tylko po rosyjsku), ale nie zauważyłam popularności disco w Polsce, które nie byłoby disco polo. W sensie, nigdy nie spotkałam nikogo, kto słuchałby zachodniego, pierwotnego disco (poza ludźmi w wieku mojej mamy), stąd założenie, że piszesz o disco polo (bo jakie inne disco jest popularne w Polsce?). Chyba, że jest jakieś inne popularne w Polsce disco, o którym ja nie wiem, bo jestem z odległych rubieży i mieszkam w pustelniczej chacie? :D No i stąd leming. Swoją drogą, czemu nie chcesz mojego leminga? Lemingi (karne czy też nie) potrzebują domu! Czy nikogo nie obrażę, jeżeli napiszę, że wokalnie ten cover podoba mi się bardziej niż wersja Anette (śpieszę wyjaśnić, że są piosenki, w których, jak dotąd, podoba mi się tylko głos Anette np. Scaretale, więc nie ma tu jakiegoś ataku gniewu na Anette)? Facet jest naprawdę dobry. Czasami ciut "przeozdabia" wokalizy, ale całość bardzo przyzwoicie zaśpiewana. Skala głosu odpowiednia do utworu. Jakie to jest dziwne, że on śpiewa cover NW! :D
  2. Szczerze mówiąc, mimo "disco stylistyki" samego teledysku, muzyka nawiązuje bardziej do zmiękczonej (wokalnie) wersji You Give Love a Bad Name Bon Joviego (gdyby ktoś jakimś cudem nie słyszał, to odsyłam: ) , a więc niekoniecznie do disco. Wszyscy się tak na około, i w komentarzach pod teledyskiem, i tu, jak widzę, upierają, że to jest disco i już, ale to nieprawda, bo disco jest bardziej oparte o powtarzalny bit i elektronikę (moja mama ma fioła na punkcie starego disco jak Bee Gees, Boney M. czy Eruption, więc, chcę czy nie chcę, jestem dość mocno z nim osłuchana). Nie pochwalę się tutaj wielką wiedzą muzyczną czy też fachowym nazewnictwem, bo go po prostu nie znam, ale na moje ucho, muzycznie, to dalej jest rock, a nie disco. Chyba, że założymy, że zmiękczenie power metalu (który i tak często ciąży w kierunku jakiś pogodnych dzwoneczków, keytar itd.) poprzez wpływy disco daje konglomerat w postaci tej miękkiej, chwytliwej, klasycznej odmiany rocka? Kompromis? O, a i jeszcze coś... Nie jestem wielką fanką disco, ale, błagam, Adi, nie porównujmy starego disco z współczesnym disco polo... NIE! Nie ładnie. Karny leming. Jest ogromniasta różnica. Disco polo można zrobić samemu w domu, używając blendera i jakiegoś muzycznego Painta, żeby udawać (z marnym skutkiem), że się potrafi śpiewać, ale disco jednak miało w sobie jakieś minimum poziomu, który umożliwiał mi nazwanie go muzyką, jakąś kreatywność, związaną często z estetyką muzycznego kolażu i zapożyczeń. Nie moją muzyką jest on, wprawdzie, ale jednak. Disco w takiej formie, w jakiej powstało, nawet tej mainstreamowej, jak wspomniany zespół Bee Gees, już raczej nie istnieje, a jeżeli istnieje to dla ludzi przepełnionych nostalgią, więc nie można mówić, że jest popularne. Z disco jest jak z klasycznym westernem - gatunek zagrożony wyginięciem, ostatnie sztuki biegają po sawannie, ale gania je lew wielkiego biznesu i pewnie je z czasem położy. Ale disco polo czy disco... hm... rusco? To nigdy chyba nie stało koło disco! To jakiś jego odległy, lekko niespełna rozumu kuzyn ze wsi! Prawie odmawiam im pokrewieństwa! Jeżeli już, to disco polo raczej (nieświadomie) parodiuje disco, będąc w istocie jego żałosną karykaturą.:D Tak czy owak, ja w sumie lubię rozmaite starocie, jak Europe czy, jeżeli o czystą elektronikę chodzi, (znowu) starocie, jak Vangelis, więc nie jestem tu zbyt obiektywna. Lubię te durne, chwytliwe kawałki z lat 80., więc dałam się tu złapać i piosenka mi się podoba. Doskonale wiem jednak, że jest to forma singlowego, uroczego, nostalgicznego kiczu (do którego [sic!] śmiało przyznaję, mam słabość). W ogóle, trochę na marginesie, choć wciąż na temat, teksty piosenek BiB to podobny poziom tragedii, jaki prezentuje większość teledysków NW (POZA TYM DO THE ISLANDER - ON JEST PIĘKNY!). Jakże ja się cieszę, że to jednak jest po angielsku, to zawsze mniejszy wstyd, gdy sobie chodzisz po domu i śpiewasz "Sweeeeeeeet truuuuuee lieeeeesss!!!" niż "SŁOOODKIE PRAWDZIWE KŁAMSTWAAA!!!" (disco polo się chowa!). Nie ma co się jednak niepokoić, jeżeli komuś ten singiel nie podszedł, bo to, jak wiadomo, jest tylko singiel. Mimo moich nadziei na dalsze retro inspiracje, zapewne nie będzie ich na płycie zbyt wiele, bo zespół się dopiero rozgrzewa i bezpieczniej byłoby im nie testować upolowanych już fanów power metalu czy heavy metalu, zapodając coś, co, jak widać, na licznych przykładach, ludzie na ogół zrozumieją jako disco czy jakoweś insze Beast Street Boys. ;) PS. Tego disco to ja tak bronię, jakbym go w ogóle słuchała! Ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że miałam w zeszłym roku zajęcia z muzyki współczesnej (po drugiej wojnie światowej) i facet miał fioła na punkcie disco. Teraz po prostu (po przesłuchaniu miliona, męczących kawałków, w tym niszowych... Taak, niszowe disco z lat 70!) nie mogę go sprawiedliwie utożsamiać z disco polo. No nie mogę. A tak narzekałam na te zajęcia... A udzieliło mi się coś z nich! :D
  3. Nowy singiel BiB to kolejny eksperyment! I... znów nawiązuje do lat 80.! W piosence pobrzmiewa silnie Bon Jovi, co mnie, oczywiście, cieszy, bo uwielbiam najrozmaitsze odmiany klasycznego rocka i inne piękne starocie (które, moim zdaniem, nigdy się tak naprawdę nie starzeją!). Mam nadzieję, że ich nowy album, który będzie miał premierę na początku lutego cały będzie się składał z eksperymentów i łączenia stylów. Pewnie płonna nadzieja (bo też brak jednolitości stylu często potrafi bardzo podzielić fanów, więc byłby niekorzystny dla rozgrzewającego się zespołu), ale... Co mi szkodzi pomarzyć? Tak dobrze im to wychodzi! Mają nosa (ucho?) do tworzenia chwytliwych melodii. :) [video=youtube]
  4. O, hej, Adi, dzięki wielkie! Tyle muzyki do przesłuchania, której nigdy nie ruszyłam! Lecę więc i słucham. Pewnie na dniach podzielę się tu wrażeniami. Może się ktoś zainteresuje i też posłucha? :) EDIT: Przesłuchałam album Madness of the Crowds i jestem pod ogromnym wrażeniem! Teraz już faktycznie mogę dziękować, w pełni i całkiem szczerze, za polecenie mi tej płyty. Faktycznie, podobieństwo do Auri, jeżeli chodzi o brzmienie, ale i o pewien niespodziewany synkretyzm klimatów, stylów, jest duże. Płyta jest, oczywiście, znacznie mniej "wokalna" niż Auri, jej struktura jest mniej singlowa (czyli mniej strukturalnie unormowanych utworów o klasycznej radiowej budowie), utwory dłuższe, ale klimat jest zbliżony. Utwór tytułowy oraz Now, Voyager, czyli ten, wspomniany, utwór z recytacją, to moje zdecydowanie ulubione kompozycje na płycie. Polecam album wszystkim fanom celtyckich, eskapistycznych brzmień, a już szczególnie tym, którym "zasmakowało" Auri. :)
  5. Hej, drodzy ludzie, znacie może nieco lepiej twórczość Troya? Czy ktoś mógłby mi coś polecić? Forumowy Adrian wspominał mi przy okazji koncertowego spotkania, że dla kogoś, komu, tak jak mnie, podobało się Auri, twórczość Troya jest jak najbardziej godna polecenia. Macie więc może coś z jego solowej, nienightwishowej kariery, co moglibyście mi polecić? :)
  6. Po obejrzeniu tego nowego wywiadu z Tuomasem (o którym już gdzieś tu na forum dziś wspominałam) (podaję link: ) naprawdę zainteresowała mnie wspomniana przez niego idea, by, po pierwsze, kontynuować Auri (początkowo miał to być jednorazowy projekt) i nagrać drugą płytę, po drugie, po drugiej płycie wyruszyć z Auri w trasę! Tuomas, oczywiście, wspomniał, że bardzo tego chce, że ma takie plany, ale, że, jeżeli już, to będzie dopiero po premierze drugiej płyty, a więc za ładnych parę lat (wspomniał coś o, być może, 2021 roku), ale jednakże poważnie o tym myśli! To ciekawe, bo to oznaczałoby koncerty mniejsze, zapewne klubowe i najpewniej (jak wspominał) w Finlandii, może Anglii i Niemczech (myślę, że o tym zadecydują poniekąd figury sprzedaży też tego drugiego krążka w tych krajach) - koncerty, na których będzie zapewne bardziej klimatycznie, niż na wielkich koncertach NW, a więc, naturalnie dla mnie, bardziej pociągające. Chyba zacznę już oszczędzać, bo Auri to jedna z moich ulubionych płyt i, jeżeli druga jej dorówna, to spełnieniem marzenia byłby taki cichy koncert. A co wy o tym myślicie? To dobry pomysł? Pojechalibyście na taki koncert? :)
  7. [video=youtube] Zdaje się, że mam ostrą "fazę" (jak to się chyba teraz mówi) na Beast in Black! Po koncercie Nightwisha zaskakująco często wracam do ich piosenek. W ogóle ich muzyka wzbudziła we mnie na nowo miłość do europejskiego power metalu, więc katuję też Stratovariusa i Sonatę. Uwielbiam te kampowe (wyjaśniam, upraszczając: świadomy kicz) brzmienie klawiszów, wesołą i żywą sekcję wokalną, całe to hiper-aktywne tempo, przy którym chce się skakać raczej, a nie iść przez miasto. ::D Bardzo to pomaga w te paskudnie szare pasaże listopadowych dni! :)
  8. Przy okazji jednego z najnowszych wywiadów (serdecznie polecam: ) Tuomas wspomniał o sposobie, w jaki wybierał piosenki na album Decades, mówił, między innymi, że z jakiegoś powodu czuł, że The Kinslayer (choć, według niego, nie jest najpopularniejszą piosenką NW) musiał się znaleźć na tej podsumowującej dwadzieścia lat działalności, a Wishmaster wręcz przeciwnie. I... zastanawiam się... Co wy o tym myślicie? Wiem, że NW nie grają już Wishmaster na żywo, bo ponoć się nim znudzili, ale, żeby aż tak ten utwór wyrzucać? Moim zdaniem jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych kawałków zespołu i w pewnym sensie istotną składową przekroju, kwintesencji ich muzyki (połączeniem mocy, tematyki fantastycznej tak charakterystycznej dla starych wydawnictw i patetycznych refrenów pokroju End of All Hope). The Kinslayer, z drugiej strony, jest chyba nieco mniej znany, choć wcale nie twierdzę, jak Tuo, że mało popularny (grają go przecież od lat!), ale na pewno nie tak istotny, jak Wishmaster. Co wy myślicie o znaczeniu Wishmastera? Powinien się znaleźć na Decades? Jest on czy też nie jest czymś ważnym dla muzyki zespołu? Twierdzę, że jego brak na Decades jest po prostu... dziwny.
  9. Co tam, drodzy ludzie? Przybył wam jakiś nowy, pachnący gadżet o nightwishowej tematyce? Ostatnio udało mi się zakupić kolejną, już drugą koszulkę oryginalną, z Imaginaerum (okładka tego albumu nigdy mi się nie znudzi)! Kupiłam specjalnie na koncert, bo moja stara: a) była na mnie z trzy rozmiary za duża, b) zdążyła się rozciągnąć jeszcze bardziej! Uwaga z tym ich oficjalnym merchem - koszulki potrafią się nieźle porozciągać, jak się je nie tak pierze (to pewnie moja wina), ale i tak polecam, bo trwałość nadruku jest doskonała. Muszę koniecznie zdobyć sobie coś z EFMB? A wy? Co nightwishowego chcielibyście dostać na Święta? Macie jakieś marzenia? :)
  10. Coś w tym jest, Maćku, bo faktycznie dużo osób, z którymi się stykam "coś tam słyszała" lub "kiedyś słuchała" i tu często pojawia się odpowiedź typu: "słuchałem/łam, ale wyrosłem/am". To jest najczęściej powracające wyrażenie w dyskusji z innymi ludźmi o zespole i myślę sobie (może nas w tym momencie w jakiś sposób wywyższam, a może stwierdzam tu fakt), że Nightwish na stałe zostaje z wyjątkowymi jednostkami, specyficznymi... Inni... Ci, co odchodzą... Myślę, że oni jakże często nigdy tak naprawdę nie rozumieli tej muzyki, jej prawdziwego przesłania albo się porządnie w to wszystko nie zagłębili, bo, z pojedynczych słów, tych, co "już nie słuchają", wnioskuję, że NW dla nich to jakiś taki stary "kinder metal", jakiś taki gotycki, o aniołach itd., a to opisuje wyrywek, maleńki skrawek tego, czym NW jest i całkowicie nic nie mówi o tym, czym zespół się stał, nie oddaje bogactwa różnorodności podejmowanych w twórczości zespołu tematów, a już na pewno nie zauważa w ogóle tak ważniej dla Tuomasa afirmacji życia. Specyfika zatem tych jednostek polega w największej mierze na pewnym typie wrażliwości, który każe im zgłębiać twórczość zespołu i widzieć ponad kalki, takie jak choćby Wish I Had An Angel czy End of All Hope.
  11. Pozwólcie, że wam przypomnę jakim wyrafinowanym śmieszkiem Tuomas być potrafi! :D
  12. Minęło już sporo czasu od publikacji wszystkich naszych tłumaczeń tekstów NW na stronie. Kawał czasu! Które tłumaczenia podobają się wam najbardziej? Sama z pewnością napiszę o swoich ulubionych (wyłączając oczywiście te moje), gdy tylko mój internet przestanie tak koszmarnie zamulać i pozwoli mi je przejrzeć! A tymczasem, zapraszam was do dyskusji! :)
  13. To ja dziękuję, Beatko, i cieszę się, że chociaż namiastkach spędzonych wspólnie chwil i koncertu została w nim zawarta. Te koncerty zawsze są krótkie! Najkrótsze dwie godziny, jakie tylko istnieją! Dziękuję, Aniu! We mnie tęsknotę wzbudzają co kilka dni na nowo sesje przeglądania zdjęć z wyjazdu. Jakie to były wspaniałe dni! Gdyby jeszcze wszystko działo się ciut wolniej, żebyśmy mieli czasu na oddech! Cieszę się niezmiernie, że Ciebie i Agnieszki te płomienie nie przysmażyły! Wyglądały naprawdę spektakularnie... i złowrogo! :D Następnym razem też kupuję Golden Circle i stoję! Muszę sobie te płomienie obejrzeć z bliska... No i zespół oczywiście też! Dziękuję Ci bardzo! :) To naprawdę pokrzepiający komplement! Zwłaszcza, że, istotnie, zdarza mi się literacko pisać różne takie od czasu do czasu. Choć uważam, że ta relacja nawet w drobnym stopniu nie jest dobrym, pełnym opisem zdarzeń - po prostu brak mi słów, a raczej mam ich w sobie za dużo, więc stąd relacja chaotyczna, patetyczna i z błędami. Jest jednak szczera. Zachęcam Cię serdecznie do pisania relacji - to jest taki mały, dzielony z innymi ludźmi skrawek twoich własnych, cennych doświadczeń. Każdy, kto go przeczyta zobaczy świat przez chwilę z twojej perspektywy; pozna nową (bo był na opisywanym koncercie) lub na kilka minut przeniesie się innego miejsca, innego czasu (bo na koncercie nie był). :) Ojej, dziękuję, Evi! To jest niewątpliwie jeden z najbardziej wzruszających zestawów słów skierowanych do mnie, jaki miałam przyjemność przeczytać. Naprawdę. Ta piosenka bardzo wiele dla mnie znaczy, a to, że ktoś, słysząc ją myśli o mnie... I to jeszcze wtedy, na tym koncercie... Po prostu "zrobiłaś mi dzień" tymi słowami. Masz u mnie piwo, herbatę, ciastko czy cokolwiek tam sobie wybierzesz (nie zapomnij mi o tym przypomnieć przy okazji następnego spotkania!). :D
  14. Hej, Aniu, jak ty to wszystko tak dobrze zapamiętałaś! Każdą piosenkę, aż mi się odświeżyły moje wspomnienia! Pożałowałam od razu, że nie kupiłam jednak tych biletów na Golden. Przy barierkach to jednak inne doznania, inny wymiar, totalnie inny odbiór, choć i na naszych trybunach było niesamowicie. Cudowny był ten koncert, nie mówiąc o waszym towarzystwie, drodzy ludzie, oby kolejny nadszedł jak najszybciej (jak najszybciej za 4 lata - rozpacz!). Wspaniałe wyszły te zdjęcia; ta ostrość, ta bliskość! :D Cudo!
  15. Właśnie się zastanawiam, jak to jest z ich działem promocji... Czy, aby ta prolongująca się cisza na temat nowych wydawnictw nie jest czasem szkodliwa jeżeli chodzi o reklamę? Niby po tylu latach NW reklamy za bardzo nie potrzebuje; wystarczy zwiastun przed samą premierą, trzy wywiady i jest sprzedaż, ale teraz przerwa naprawdę będzie długa i figury sprzedaży mogą im spaść, jeżeli nie zadbają o właściwe promowanie. Jakieś takie dzienniki wideo od czasu do czasu, jakieś małe werbalne "teasowanie", choćby szczegółów podejmowanej tematyki... Jak my do 2020 mamy przeżyć o metaforycznym chlebie i wodzie?!
  16. Warto jest spisywać wspomnienia zanim przyblakną w naszej pamięci i już nic poza strzępami rozmów i niejasnymi kształtami nie pozostanie nam po niezwykłych wydarzeniach, które miały miejsce. Od koncertu Nightwisha, a zarazem niemalże trzydniowego wyjazdu minęło już dobrych kilka dni, a ja wciąż nie mogę powrócić do codziennej rutyny bez wspominania długiej podróży z dalekiej północy na południe, do Krakowa, i z powrotem wraz ze wszystkim, co było pomiędzy ciasnymi pociągami. When we from my homeland depart To challenge the gods of emptiness May the quest begin! Wyjazd na koncert zespołu, którego słucham nieprzerwanie od niemal dwunastu lat (czyli połowę swojego życia) zawsze jest wielkim wydarzeniem. Wypodróżowałam podekscytowana w piątek (na dzień przed sobotnim koncertem), by spotkać wielu ludzi, których twarze nieodmiennie kojarzą mi się z radością, ekscytacją, koncertową tremą – ludzi, których już po raz kolejny dane mi było widzieć i, bez których, szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie koncertu. Zameldowani razem w jednym hotelu, spotykający innych wędrowców, świętujący razem, razem włóczący się po Krakowie i razem gubiący się w chaotycznym, przedkoncertowym ferworze tylko po to, by spotkać się ponownie przed, w trakcie i po – to my nieogarnięta zbieranina wielbicieli Nightwish z najróżniejszych zakątków kraju, w najróżniejszym wieku, niepodobnych i takich samych, doskonale ze sobą współegzystujących przez te kilka wspaniałych dni. https://images-wixmp-ed30a86b8c4ca887773594c2.wixmp.com/intermediary/f/59dc1588-f868-495f-9757-438c5e6c5fb0/dcsroaj-69ccd9fc-69dc-4eb3-b903-b71a2ab51dd5.jpg/v1/fill/w_1193,h_670,q_70,strp/wp_20181117_10_56_48_pro_by_missaway_dcsroaj-pre.jpg[/img] Włóczyliśmy się po Wawelu, razem jedliśmy, jeździliśmy niezliczoną liczbą taksówek, rozdawaliśmy ludziom opaski, promujące koncert i naszą stronę (Nightwish PL)... To ważna część całości – to spotkanie, a raczej ponowne spotkania i wieczne dyskusje, planowania, opowieści, ataki paniki, gadanie głupot... To coś bez czego, jak się zdaje, koncert byłby zwyczajnie nie do pomyślenia! Koncert jednak był i nadszedł; powoli, niespiesznie nadciągnął, a raczej my nadciągnęliśmy ku niemu; Tauron Arena rozświetlona wielkim napisem Nightwish, ludzie sprzedający i usiłujący kupić bilety, długaśne, niczym nitki makaronu kolejki przed salą i mróz, który chyba nam sam Nightwish przywiózł ze sobą z Finlandii... https://images-wixmp-ed30a86b8c4ca887773594c2.wixmp.com/intermediary/f/59dc1588-f868-495f-9757-438c5e6c5fb0/dcsrob6-ac98fb63-0eac-43b9-959d-e80ce95f81a1.jpg/v1/fill/w_1193,h_670,q_70,strp/wp_20181117_18_09_40_pro_by_missaway_dcsrob6-pre.jpg[/img] Posiadanie miejsc na trybunach miało swoje plusy – czas, jaki można było spędzić, łażąc i węsząc dookoła, obserwując najdziwaczniejsze typy, snujące się z wte i wewte, grupki kłębiące się przy stoiskach z gadżetami czy piwem. Długo zastanawiałam się, czy iść na występ supportu, bo o zespole Beast in Black nie wiedziałam nic, a znając supporty... Cóż, nigdy nie trafiłam na taki, który by mnie zadowolił. Wyobraźcie więc sobie moje bezbrzeżne zdumienie, gdy zespół ów, o typowo metalowej nazwie, zapisanej typowo metalową czcionką, z typowo metalową bestią w logu, okazał się naprawdę spektakularny! Ten bufor, który uważałam początkowo tylko za irytującą przeszkodę, poprzedzającą występ ukochanej kapeli, nie był wcale buforem, ale indywidualnym, profesjonalnie wykonanym występem o wpadających w ucho melodiach, niesamowicie energicznym wokaliście, który posiadał chyba nadludzkie zdolności interakcji z tłumem oraz werwę, iskrę, która, być może, uczyni ten zespół prawdziwie słynnym i to całkiem szybko. Już po kilku utworach tłum zaczął skandować nazwę zespołu, a to naprawdę niespotykane, by tłum, który przybył na inny zespół tak ochoczo witał support! Wydaje mi się, że Beast in Black kupiło wszystkich na dobre „akcją z zapalniczkami”, czyli apelem ze strony wokalisty, by wyciągnąć wszystko, co świeci na czas ballady Ghost in the Rain – i wszyscy tak uczynili! Sala utonęła w blasku tysiąca gwiazd, odległych ogników! Widok, wierzcie mi, był nieziemski. https://images-wixmp-ed30a86b8c4ca887773594c2.wixmp.com/intermediary/f/59dc1588-f868-495f-9757-438c5e6c5fb0/dcsrobr-5345f815-eade-41c5-bf0f-0fa3a70371b5.jpg/v1/fill/w_1193,h_670,q_70,strp/wp_20181117_20_02_36_pro_by_missaway_dcsrobr-pre.jpg[/img] Nie jednak samym supportem człowiek żyje, bo oto skończył się występ Beast in Black i na scenę wtoczyła się armia techników, a sceneria ich pracy została oddzielona od widzów czarną płachtą. Oczekiwanie było, jak zawsze, pełne napięcia, ale i ono, jak wszystko na świecie, dobiegło końca. Z głośników popłynęła cicha muzyka, niewątpliwie pochodząca z filmu Imaginaerum, a chwilę potem rozbrzmiał przekaz, zawierający komiczną i nieco złośliwą prośbę o schowanie telefonów, o nienagrywanie koncertu, który to apel... oczywiście, wszyscy zaczęli masowo nagrywać! O ironio! Następnie, na wielkim ekranie pojawiła się wizualizacja... odliczania. Miała ona wpływ niezwykły – była stokroć bardziej ekscytująca niż czekanie na odgrzanie jedzenia w mikrofalówce – zaręczam! Widzowie wpatrywali się w zamknięte wieko, które za moment miało się uchylić... Tykanie zegara... Oklaski tłumu... Następnie na scenie zmaterializował się Troy, by otworzyć koncert przepięknym intro, którym było instrumentalne Swanheart. Szczerze powiem, że ten wstęp niesamowicie mnie urzekł, przypomniał o starym, dobrym koncercie From Wishes to Eternity i o latach, które spędziłam, słuchając Nightwish... Naprawdę: od życzeń do (miejmy nadzieję) wieczności! Rzewny nastrój jednak prysł, gdy tylko z ciemności wypłynęły tak dobrze znane sylwetki – Tuomasa, Floor, Marco, Emppu i Kaia, a zaraz potem z głośników poleciało tak dobrze znane Dark Chest of Wonders, przypominając mi całą energią inny nagrany koncert zespołu – End of an Era. Wybuchy ognia ogrzały nawet trybuny, wprawiając mnie w niemy zachwyt... Mały szok, właściwie. Pomyślałam sobie wtedy, czy aby płomienie nie osmaliły nosów pierwszym rzędom?! Wtedy na scenę wpadła Floor – majestatyczna, ale i dziwnie ciepła, bliska, a wokalnie, moim zdaniem, zachwycająca! Pierwsza piosenka rozgrzała mnie tak, że z lekkiego dygotu po staniu na zimnie nie zostało mi nic! Dark Chest of Wonders płynnie przeszło w Wish I Had an Angel – stare, kiczowate, żywe i och-jak-bardzo-znajome (Tylko, co, u licha, ten Tuomas wyczynia strasznego z klawiszową solówką! Ojej, Tuomasie przestań!). Kolejno zaś zagrali 10th Man Down i to było dla mnie miłe zaskoczenie – Floor niesamowicie brzmiała w tym utworze! Nie przesłuchiwałam wcześniej nagrań z koncertów, na których śpiewała ten kochany staroć i naprawdę spodobało mi się jej wykonanie! Operowe elementy wyszły jej szczególnie ponętnie, a zwrotki miały ciężar pasujący do wymowy utworu. Tak samo zresztą świetnie wyszło niemalże aktorsko wykonane, dramatyczne The Devil & the Deep Dark Ocean! Brak growlu Tapio znanego z oryginału na rzecz wokaliz Marco – to dało jak najbardziej pozytywny efekt! Nic jednak tak nie wpłynęło na mnie jak Dead Boy's Poem. To moja ulubiona piosenka zespołu i nigdy nie słyszałam jej na żywo (na żywo żywo – znaczy nie na DVD), więc czekałam na nią jak na zbawienie i, istotnie, była ona zbawieniem! Nie brzmiała, co prawda tak, jak ją zapamiętałam. Cóż, zmiana wokalistki robi swoje, tym niemniej nie utraciła ona swego uroku. Prawdopodobnie byłam zahipnotyzowana przez sześć minut, słuchając jej. Towarzyszącego mi wówczas uczucia nie oddadzą jednak słowa. https://images-wixmp-ed30a86b8c4ca887773594c2.wixmp.com/intermediary/f/59dc1588-f868-495f-9757-438c5e6c5fb0/dcsroc7-72a03d82-a68e-4be0-9f17-e1a74b54ab8a.jpg/v1/fill/w_1193,h_670,q_70,strp/wp_20181117_22_06_42_pro_by_missaway_dcsroc7-pre.jpg[/img] Cudownie było usłyszeć kawałki takie jak The Carpenter, niezwykłe były partie Troya w Come Cover Me (Zupełnie jak w oryginale! Ach, przed laty puszczane były chyba z playbacku, a teraz... Cudowne było je naprawdę usłyszeć!). Podobało mi się niezwykle także I Want My Tears Back – taniec Floor, interakcje Floor i Marco (na to powinnam chyba osobny artykuł poświęcić, no i na interakcje w ogóle – z Emppu, z publicznością – kto nie widział i nie słyszał niech żałuje!), żywe podskoki publiczności... Widzieć tysiące ludzi podskakujących sobie radośnie – to jest coś! [align=justify]The Carpenter ucieszył mnie wielce – odkopać tak odległą przeszłość, a nawet naprawić ją nieco (Troy był w stanie zaśpiewać to godnie... O ile to całe mamrotanie w zwrotkach w ogóle da się zaśpiewać godnie!) i sprawić, że wesoło nuciłam sobie: The Carpenteeer! Carved his anchor on the dyyying souls of mankind![/align] Nie zapomnę też nigdy Ghost Love Score, gdy tłumy zasypane zostały lawiną czerwonego konfetti (Och, pomyślałam, jak na End of an Era!). https://images-wixmp-ed30a86b8c4ca887773594c2.wixmp.com/intermediary/f/59dc1588-f868-495f-9757-438c5e6c5fb0/dcsrodi-e44ffd7f-b684-4b86-aef3-4932df1b269f.jpg/v1/fill/w_1032,h_774,q_70,strp/img_20181117_225606_by_missaway_dcsrodi-pre.jpg[/img] Nie wiem, czy te słowa oddają rzeczywistość, czy oddają sprawiedliwość koncertowi, czy obejmują wszystkie małe i wielkie emocje, smaczki... Pewnie nie. Czy jednak ktoś chciałby czytać opis każdej piosenki? Może nie. Zapisuję więc wszystko, nim mi umknie, nim zblaknie, nim odejdzie w ciszę, z której powstało. Marco, poprzedzający Devil & the Deep Dark Ocean pytaniem o to, czy lubimy romanse (parafrazując: „Jak podejrzewałem, głównie panie. Faceci uważają, że przyznanie się do tego nie byłoby cool.”) i opisujący historię zawartą w piosence w komiczny sposób, nie mówiąc o jego genialnym, polemicznym sposobie śpiewania w samym utworze; Tuomas, podczas pożegnania z publiką, wyciągający dłoń po kartkę od fana (Tuomas zaszalał z tym wychylaniem się ze sceny... Dobrze, że z niej nie sfrunął!); Floor i Emppu, podskakujący w tym samym momencie w jakimś zatraconym już w mojej pamięci momencie Last Ride of the Day i wiecznie ogrzewające mnie wybuchy ognia oraz przyprawiające o zawał eksplozje fajerwerków! Dla mnie niewątpliwie ten koncert był najlepszym na jakim byłam w ogóle. Nightwish przyjechał w doskonałej formie, oferując fanom pełne przedstawienie, baśń o zespole, który zaczął od szukania elfów w lasach, a skończył, opiewając piękno nauki i ewolucji. Do trzeciej w nocy siedziałam jeszcze po występie z przyjaciółmi w hotelu, sącząc w skromnej kuchni (Saloniku? Przedpokoju? Jak zwał tak zwał!) ciepłe napoje i dyskutując, wymieniając się wrażeniami, historiami, ciesząc się wzajemnym towarzystwem – towarzystwem ludzi kompletnie różnych, a jednak połączonych nierozerwalnie wspólną pasją, wielką historią snutą od lat przez Nightwish... Jak głoszą słowa piosenki: I am the story that will read you real Every memory that you hold dear Takim właśnie rodzajem opowieści jest Nightwish. Oby ich historia trwała nieskończenie! https://images-wixmp-ed30a86b8c4ca887773594c2.wixmp.com/intermediary/f/59dc1588-f868-495f-9757-438c5e6c5fb0/dcsrpkh-0cd0bba5-83ad-4030-bd3b-2e2c1485cb49.jpg/v1/fill/w_1193,h_670,q_70,strp/wp_20181117_18_09_29_pro_by_missaway_dcsrpkh-pre.jpg[/img]
  17. Taiteilija

    Filmy

    Z jednej strony ten nowy Król Lew to taki oczywisty skok na kasę, ale, czego spodziewać się po wielkiej, komercyjnej wytwórni, której właśnie o to chodzi; o pieniądze. Jednak to wcale nie sprawi, że nie pomogę im zarobić! :D Król Lew to bajka dzieciństwa - jak u Evi - no wezmę i obejrzę, no! Pal licho, że będę ryczeć jak bóbr. Znowu. Na Króla Lwa pójdę, choć na przykład nie byłam na filmowej Pięknej i Bestii, bo Piękna i Bestia to już u mnie sprawa nieco bardziej osobista i mam opory, żeby zobaczyć prawdziwe twarze w bajce, która ma tyle magii bez aktorów z krwi i kości. Może się kiedyś przełamię. W przypadku Króla Lwa jest inaczej - tak czy siak nie wcisną mi tam ludzkich twarzy, ale za to wszystko będzie miało sierść! :D
  18. A skoro o okolicach tegorocznego Wacken mówimy, to, jak wam (tym, którzy oczywiście mieli szansę oglądać live stream) się podobał wokal Floor? Moim zdaniem, jeżeli to nie tylko zasługa dobrze (nareszcie!) nagranego dźwięku, Floor brzmiała niesamowicie! Była w takiej formie, jak chyba nigdy przedtem! Mogę tylko mieć nadzieję, że na koncercie w Polsce będzie brzmiała tak samo fantastycznie! :D
  19. Zgadzam się, że coś świeżego zawsze jest mile słyszane, a już szczególnie w wykonaniu Nightwisha; choćby jazzowe inspiracje w "Slow, Love, Slow". Nie jestem pewna, czy syntetyczne brzmienia pasowałyby do muzyki zespołu w takiej formie, w jakiej się ona jawi obecnie (powiedzmy, ostatnie dwa albumy), ale z drugiej strony w życiu nie spodziewałabym się, że jazz będzie pasował do ich twórczości, a więc, jak sądzę, wszystko odpowiednio wplecione w doskonałe utwory, przemyślane i stonowane tak, by nie zdominowało naturalnego piękna muzyki NW, może brzmieć wspaniale jako ów świeży akcent. Tuomas ma wyczucie i na ogół nie popełnia błędów w kwestii wprowadzania nowych elementów do muzyki w postaci zbytnich dysonansów między tym, co nowe a tym, co stare, zwykle potrafi dokonać takiej fuzji w ciekawy, intrygujący sposób. Mamy przecież próbki różnych mieszanek w twórczości samego Tuomasa i zawsze są one umiejętne; komedia z patosem (solowy album o Sknerusie, utwór "Duel & Cloudscapes"), domieszka country (ten sam album, "Into the West"), elementy orientalne (Auri, "See" i "Skeleton Tree"). Zatem, jeżeli o połączenia niespotykane chodzi, to nie martwię się zbytnio. Tuomas da radę. Zresztą muzyka syntetyczna, a raczej jej elementy mogą się świetnie sprawdzać. Moją pierwszą myślą jest tu ostatni (bodajże) album Luca Arbogasta pt. Metamorphosis; łączy on muzykę średniowieczną, muzykę bardów z elektroniką (w małym stopniu, ale jednak) i to się cudnie sprawdza, a zatem... Go for it, Tuo! :D
  20. Hej, dzięki, Beatko, dzięki, Aniu! :D Mieliśmy z Michałem prawdziwe szczęście, że mogliśmy ich na żywo zobaczyć. Nightwisha pewnie zobaczę (oby, oby, oby, oby) jeszcze wiele razy, ale Stonesów możliwe, że nigdy więcej, zatem... A co tam mówić więcej! Warto było! :D
  21. Koncert zespołu tak niemożliwie wręcz znanego jak The Rolling Stones jeszcze kilka miesięcy temu wydawał mi się czymś absolutnie abstrakcyjnym, czymś, o czym się tylko słyszy, a w czym nigdy nie bierze się udziału. A jednak! Okazało się, że jest to coś całkowicie możliwego i to dodatkowo coś, w czym można tak po prostu uczestniczyć! Na koncert wybrałam się z moim lubym, znanym na forum jako Izzy, i to tak naprawdę on, a nie ja zasługuje na to, by nosić miano prawdziwego fana tego zespołu... choć i ja staram się nie odstawać! Zacznijmy od sentymentalnego początku... Gdy mieliśmy z Izzym po siedemnaście lat, to dosłownie nie dało się go odciągnąć od głośnika, z którego przez połowę czasu leciały utwory Stonesów (nic się pod tym względem nie zmieniło - nadal nie da się go odciągnąć!) i naprawdę nie potrzeba było wiele starań z jego strony, bym i ja stała się wielbicielką ich muzyki. Jako fanka brzmień nieco bardziej nightwishowych, symfonicznych i filmowych, wkroczyłam na obce wody zespołów, takich jak właśnie Stonesi czy (całkiem inni, co prawda, od nich) Doorsi... i bardzo szybko się w nich zakochałam. Pociągająca okazała się magia lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych... Mimo mojej zdumiewającej zdolności (chwalę się nią przed sobą) do wyliczenia niemal wszystkich albumów Stonesów czy też mimo sporej ilości rozmaitych filmów i książek czytanych przeze mnie na temat tego zespołu, wypadam jako fanka blado w porównaniu z Izzym, który naprawdę oddaje sedno tego zespołu swoją osobą. Zawsze mówił z goryczą, że szansa na koncert Stonesów; starych, dobrych, ukochanych Stonesów ze wspaniałym Keithem Richardsem (wielkim i genialnym!) w naszym kraju jest mała, że to niemal niemożliwe... Jakże przewrotny bywa los! Kilka miesięcy temu koncert został ogłoszony i wiedziałam, że kto, jak kto, ale Izzy nie przepuści okazji, by sprzedać nerkę i pojechać gdziekolwiek tego tylko organizatorzy by nie zapragnęli w tym niewielkim kraju, by ich zobaczyć. Okazało się, że sprzedał dwie... bo kupił bilet także i dla mnie! Mnie bowiem ceny biletów przerosły. Co więcej, kupił nam bilety w strefie (po polsku mówiąc) diamentowej, a to oznaczało jakieś cztery metry od sceny! Niemal lepiej być nie mogło! Czekało nas tylko wiele planowania podróży z północy ku Warszawie, sporo gubienia się w stanowczo zbyt dużym mieście, sporo stania i sporo biegania, a także... sporo przedkoncertowego oglądania występu kukiełek Stonesów na warszawskim rynku! https://orig00.deviantart.net/ebc9/f/2018/194/f/8/wp_20180708_12_18_52_pro_by_missaway-dch4iu8.jpg[/img] Pojawiliśmy się pod bramami Stadionu Narodowego o godzinie czternastej, by w upale i wytrwałym tłumie fanów ozdobionych koszulkami z charakterystycznym jęzorem czekać aż do godziny siedemnastej. W kolejce rozmawiało się także o Nightwishu (jedna z pań polecała nasz drogi zespół innej), ale też i o innych zespołach. Wszędzie pełno było melomanów, ludzi po turecku siedzących w kręgach, wcinających przekąski i co jakiś czas wydających z siebie charakterystyczne "hu-huu" (motyw z piosenki Stonesów "Sympathy for the Devil"). Od groma było obcojęzycznych fanów, ich liczba niemal równoważyła liczbę Polaków i wszędzie mówiło się po niemiecku, francusku, angielsku, a obok mnie siedzieli... Finowie! Nie obyło się jednak bez opóźnień... i deszczu, i burzy, i chóru ludzi odliczających do otworzenia bram raz po raz... i jeszcze ochroniarzy wesoło robiących sobie zdjęcia z tłumem! Za bramy stadionu wpuszczono nas po inspekcji przy użyciu psa i dzielnych panów i pań z ochrony. A co było potem? Chaos, bieg, kuksańce, pokrzykiwania i jeszcze więcej biegu... Okazało się, że od bram do stanowiska dzielnych ludzi z opaskami było jakoś pięćset metrów, więc mój brak kondycji szybko zamordował próby galopu i moje, i... Izzy'ego, który, bohatersko ściskając moją dłoń, także dał za wygraną zgodnie z niemal zabawnymi, nosowymi pokrzykiwaniami pana z ochrony, dzierżącego megafon: "Nie biegamy! Proszę, nie biegać!". Nie była to jednak zła decyzja. Gdy, ominąwszy z milion stacji kontroli i filtrowania, dzielących tłum na takie, siakie i inne opaski, dotarliśmy do naszej strefy, okazało się, że była ona jeszcze mocno opustoszała. Zajęliśmy więc miejsca przy barierce naprzeciwko lewego ramienia sceny i postanowiliśmy wytrwać... https://orig00.deviantart.net/bc32/f/2018/194/9/5/20180708_173455_by_missaway-dch4bf7.jpg[/img] https://orig00.deviantart.net/416f/f/2018/194/7/1/20180708_181113_by_missaway-dch4bp8.jpg[/img] Zespół miał się pojawić na scenie o dwudziestej trzydzieści, poprzedzony grającym od dziewiętnastej piętnaście supportem w postaci zespołu Trombone Shorty & Orleans Avenue (zidentyfikowanym przeze mnie jak wcale niezły amerykański jazz-coś-rock). Trwając niestrudzenie przy naszych barierkach i o jakieś cztery metry od sceny, zmuszeni byliśmy oglądać ludzi z piwem i kiełbaskami, które nie były nam dane, bo zbyt obawialiśmy się (choćby i pojedynczo) opuścić posterunek. Nie pokonały nas jednak pokusy! Opóźniony o jakieś dwadzieścia minut support robił, co mógł i robił to nieźle. Utalentowani muzycy, świetni instrumentaliści i wcale dobry wokalista wprawdzie zostali nagrodzeni brawami, a spora część publiki współpracowała, przyklaskując i pokrzykując, jednak w powietrzu wyraźnie dało się wyczuć oczekiwanie na The Rolling Stones: bandę żywiołowych muzyków, bohaterów niezliczonych rockandrollowych legend i mitów. Ostry, przenikliwy jazgot sprawnie obsługiwanych instrumentów dętych miał zostać zastąpiony i to już niebawem słynnymi riffami Keitha, perkusją szacownego pana Wattsa, sprężystą gitarą Ronnie'go, wokalem samego Micka Jaggera, basem Darryla Jonesa, chórkiem, klawiszami... Słowem, czymś całkiem innym! Gdy support zakończył swój występ, na scenę wpadł prawdziwy tłum speców, techników, którzy sprawnie wykorzenili resztki, triumfalnie schodzącego ze sceny zespołu, zastępując je magicznymi instrumentami nadciągających muzyków-na-których-wszyscy-czekali... Atmosfera w ułamku sekundy zgęstniała, gdy scenę spowiły kłęby dymu, a reflektory przygasły i nigdy nie uwierzycie, jaki okrzyk potrafi wydać pięćdziesiąt tysięcy gardeł, gdy na scenie pojawią się Stonesi! Chyba, żebyście to usłyszeli na żywo, a i wtedy jest to dźwięk przerażający i niewiarygodny! Wszystko zaczęło się od utworu "Street Fighting Man" i chyba dawno już tak nie zdarłam sobie gardła, jak wtedy, gdy oglądałam Micka Jaggera skaczącego po scenie jakby miał zaledwie dwadzieścia lat (ten pan łamie zasady starzenia się!), śpiewającego do wtóru wiecznie uśmiechniętego Keitha Richardsa (uśmiech pt. "to wciąż zaskakujące, że ktoś przyszedł na ten koncert!"), Ronnie'go Wooda, kicającego jak prawdziwy chochlik i strojącego najbardziej absurdalne miny oraz Charlie'go Wattsa z kamienną miną wybijającego zdecydowany rytm. Piosenek było ogółem dziewiętnaście i wszystko było dokładnie takie, jak na oglądanych przeze mnie koncertach na DVD - oni byli tacy sami, grali jakby mieli jeden umysł, Mick w niesamowity sposób dyrygował publicznością, jak najlepszy showman jakiego kiedykolwiek widziałam! I tu... jedyne zdjęcie Micka, jakie udało mi się zrobić aparatem-telefonem-tosterem, wśród publiki rozbujanej, choć, w gruncie rzeczy, dość grzecznej i układnej. https://img00.deviantart.net/c6eb/i/2018/194/b/8/mick_by_missaway-dch4ici.png[/img] Ponadto Jagger, jak to Jagger, postanowił się nieco rozgadać po polsku ze swoim wysoko postawionym akcentem, co robi chyba w każdym kraju na koncercie i w zawsze w języku tego właśnie kraju. Mówił wiele; od prostego "Jesteście fantastyczni!" poprzez wyliczankę "Kto jest z... Warszawy [krzyk tłumu], Krakowa [krzyk tłumu], Poznania, Gdańska...?", aż po słynne już zdanie "Jestem za stary, by być sędzią, ale jestem dość młody by śpiewać (albo, jak to ujął "śpiwać!" - nie mam mu za złe!)". Słynne, bo stanowiące odpowiedź na list Wałęsy, by Jagger poparł sprzeciw wobec ustawy dotyczącej sądownictwa, co też Jagger uczynił w sposób bardzo prosty. Zabrzmiało to w moich uszach jak słowa "żaden ze mnie polityk i w wolę się w to nie mieszać" i naprawdę nie doszukiwałabym się w tym zdaniu niczego innego! Mnie jednak, gdy o te polskie słowa chodzi, szczególnie do gustu przypadło przedstawienie zespołu, podczas którego, ku ogólnej uciesze tłumów, Mick przedstawił Ronnie'go Wooda jako "króla pierogów"! Najbardziej ze wszystkich utworów oczekiwałam jednak na "Paint It Black" - moją od samego początku ulubioną piosenkę Stonesów. Ani chwili nie przegapiłam, ani dźwięku nie uroniłam, śpiewając: I see a red door and I want it painted black, No colors anymore, I want them to turn black, I see the girls walk by, dressed in their summer clothes, I have to turn my head until my darkness goes... Dwie piosenki w repertuarze, co jest zabiegiem znanym i stosowanym, śpiewał Keith Richards i dawno nie słyszałam go w tak dobrej formie - wydobywał z siebie miłe dla ucha, rozleniwione i bluesowe dźwięki podczas utworu "You Got the Silver" i świetnie radził sobie w żywszym "Before They Make Me Run". Prawdziwe ciarki zapewnił mi jednak utwór "Symathy for the Devil" (nawet mimo wstępnej walki Micka z niedziałającym mikrofonem), gdy z czerwonej mgły wyłonił się Jagger, który (byłam tego pewna), w którymś momencie swojej kariery musiał podpisać cyrograf z diabłem, bo naturalny sposób w jaki śpiewał, gestykulował i poruszał się był zdecydowanie nieosiągalny dla kogoś po siedemdziesiątce! Niesamowicie potrafił się wcielić w diabła takiego, jakiego go znam z "Mistrza i Małgorzaty" (mojej ukochanej książki). Solówki Keitha zaś w tym utworze jawnie drwią sobie z jego postępującego przecież (jak się zdaje) artretyzmu! Co mam rzec? HU-HUU! Wspaniały na żywo był także utwór "Gimme Shelter" z Shashą Allen. Ta kobieta ma potężny głos, a sposób, w jaki wokalnie "kłócili się zajadle" z Mickiem Jaggerem, okrążając się na scenie był wizualnie przepiękny! Koncert, długi i krótki zarazem, zwieńczył utwór "Satisfaction", który uświadomił mi, że w przypadku takiego, jak ten występu naprawdę trudno jest się nasycić i osiągnąć pełną satysfakcję, bo ilekolwiek by nie trwał byłoby to po prostu zbyt krótko, za mało... Charlie oddał pałeczki, Ronnie kostkę, Keith gestem pobłogosławił publikę, wciąż posyłając w świat uśmiech pełen łobuzerskiego, ale i szczerego zaskoczenia, że... ktoś faktycznie przyszedł! Odeszli w kłębach dymu niesamowici Stonesi, kończąc trasę i tocząc się gdzieś dalej, jak na nigdy nie obrastające mchem kamienie przystało. A nas pożegnały fajerwerki, szum, stopniowo ustępującego tłumu i napis, hen, wysoko: Do zobaczenia wkrótce! Mogę powiedzieć tylko jedno, jakkolwiek mało prawdopodobne by to nie było - OBY!
  22. Najnowsze informacje, które pałętały się, co prawda, w okolicy już od jakiegoś czasu, potwierdziły, że na nowy album Nightwisha przyjdzie nam czekać do roku 2020. Wczesnego, ale jednak... Pomyślałam, że słusznie będzie założyć wątek dla czekających i zniecierpliwionych fanów, by umilić im czekanie... By umilić czekanie nam! Można się w tym oto wątku dzielić pomysłami na to, jak przetrwać długie oczekiwanie i podsycać Nightwishowy głód, można przedstawiać kreatywne pomysły na to, jak to oczekiwanie uczynić przyjaznym, a także, a także można wspominać, narzekać na czekanie, spekulować i wspólnie trwać w bólu. Zapraszam do dyskusji! Moje oczekiwanie osłodzi koncert w listopadzie, na którym znów zobaczę i usłyszę nie tylko zespół, ale i dobrych, starych, rzadko spotykanych, a nieco już znanych bywalców forum, a także, mam nadzieję, poznam nowych, świeżych i rozentuzjazmowanych. Po koncercie, na fali euforii, pewnie powtórzę sobie po raz milionowy wszystkie płyty i to od deski do deski, wieczorami, w kontemplacji i refleksji. Ponadto muszę koniecznie wziąć się w garść i jako osoba (powiedzmy) artystycznie uzdolniona i zacząć rysować, to, jak muzykę NW czuję, może trochę portretów? Zawsze, gdy przychodzi do NW, to mam blokadę, nie wiem, co rysować, bo tyle jest w mojej głowie. Oczekiwanie na album jest świetnym pretekstem, by ją przełamać! Będę też bezlitośnie spekulować, co też Tuomas nam natworzy (połączenie fantastyki z nauką w stylu miksu EFMB i IM to moi obecni spekulacyjni faworyci). Będę też jęczeć i narzekać, że tak długo, ale, że trzeba i, oj, że długo, ale trzeba, a to mam chęć robić z wami. :)
  23. Tak, jak i Ania, spodziewam się kontynuacji muzycznych idei z EFMB, ale także, być może, lekkiego powrotu w kierunku fantastyki. Skąd pomysł? Otóż, Auri. Wiem, że to projekt niejako solowy, ale ma on nieco bardziej baśniowy, fantastyczny wydźwięk, co wiąże się z silną inspiracją książką "Imię Wiatru" Rothfussa (swoją drogą, muszę ją w końcu przeczytać!). Skoro zatem Tuo wciąż czuje potrzebę fantastyki, ogląda seriale, takie jak Stranger Things czy Black Mirror (wspomniane w książeczce do płyty Auri), to znaczy, że możemy spodziewać się także tematyki pokrewnej Imaginaerum, ale... Tuomas mocno wciągnął się w tematy naukowe, zatem pewnie z nich nie zrezygnuje i dalej będzie o nich pisał. Może czeka nas miks IM z EFMB? A spoiwem byłaby nieśmiertelna prawda o wartości życia? Kto wie? Co do Jukki, to faktycznie informacja o operacji ręki jest niepokojąca. Bardzo. To w końcu niemalże główne narzędzie perkusisty! Cóż, cieszy mnie jednak, że jego kondycja nieco się poprawiła (mam na myśli bezsenność). Mam nadzieję, że z tą ręką to nic poważnego. Lubię Kai, ale Jukka to Jukka. ;)
  24. Zastanawiając się nad całokształtem twórczości Nightwisha, naszła mnie refleksja nad tym, jakie elementy uznaję za wyróżniające, za absolutnie niezbędne, by utwór nazwać utworem na wskroś Nightwishowym? Rozważałam wokal, charakterystyczne słowa w tekstach, które powracają, aspekty brzmienia, smak utworów, pewien szczególny patos i tu pojawia się moje pytanie do was: jakie elementy twórczości Nightwisha, elementy jakiegokolwiek rodzaju uznajecie za niezbędne, za Nightwishowe do cna? Postawię sprawę tak: gdybyście nagle mieli wylądować na bezludnej wyspie, to jakie eteryczne czy nie eteryczne elementy twórczości NW zabralibyście ze sobą, jakie wrażenia, by mieć jak najpełniejsze wrażenie obecności ich muzyki? Możecie wybrać tylko pięć! Pomyślałam, że taka otwarta, trochę filozoficzna, rozlazła dyskusja, poprawi trochę kondycję waszych palców i znów zaczniecie żywiołowo klepać w forumową klawiaturę. ;) Zatem... Bezludna wyspa to okropne miejsce. Bardzo bezludne. Ciche. Słychać tylko szum fal i nie mogę mieć tak po prostu materialnych płyt (i tak nie zadziałałyby bez odtwarzacza), ale mogę mieć te elementy... Myślę, że zabrałabym ze sobą: 1. Orkiestralne tło, bo to ono od ładnych już paru lat dodaje utworom rozmachu lub też je wysubtelnia, unosi, czyniąc baśniowymi, filmowymi, patetycznymi i magicznymi. 2. Solówki Emppu, gdyż... Emppu, gdy tego chce, potrafi tworzyć piękne w swej prostocie, ciepłe solówki, pełne słońca ze Sleeping Sun czy zadumy z Dead Boy's Poem. 3. Klawisze Tuomasa, ponieważ je uwielbiam, gdy są i zawsze jest mi ich za mało; klawisze z utworu Lappi, Ever Dream, The Forever Moment... 4. Wszystkie dudziarskie i niedudziarskie instrumentalizacje Troya, bo dają mi przestrzeń, las, pustkowie i dystans do miasta. 5. Przedziwną tajemniczą fińską lesistość i jeziorzystość, której nie da się opisać, a bez której Nightwish nie byłby Nightwishem. Nie jest ona namacalna, nie jest bezpośrednio związana z tekstami czy muzyką, ale ona po prostu w nich jest i już - chłodna, mistyczna i dziwaczna, ale bardzo ichna. :) I to te pięć elementów najbardziej kojarzy mi się z całością rozległego krajobrazu Nightwisha. Ktoś powiedziałby, że przynajmniej dwa z nich (instrumentalizacje Troya i orkiestra) są stałą składową twórczości zespołu od niedawna, ale to nie całkiem prawda, bo choć nie było ich wcześniej, to jednak zawsze były tam potencjalnie. Choćby w Fantasmic był flet, a zamiłowanie Tuomasa do muzyki filmowej prosiło się o orkiestralny rozmach, jego zapowiedź była w samej muzyce. Nie wymieniłam z kolei wokalu, nawet wokalu Tarji, wokalu w ogóle, a dlaczego? Bo po głębszym namyśle, choć tyle wojen było o te wokalistki, Tarja zaś tak mocno wrosła w wyobrażenia o zespole, to jednak, moim zdaniem, esencja Nightwisha leży w muzyce, w czymś głębszym niż wokal, o czym najlepiej świadczy fakt, że choć się zmieniał i nie zawsze na lepsze, to jednak Nightwish wciąż był na wskroś Nightwishowy pod linią wokalu. Podejrzewam, że te pięć elementów to mało, malutko, ale takie zawężenie zbliża bardziej do esencji zespołu. Moja prywatna, wyobrażona kwintesencja Nightwisha zaś tkwi w tych pięciu elementach.
  25. To coś o czym słowo powinien powiedzieć, Izzy! On zawsze ma jakiegoś Pilipiuka na podorędziu! :D Ostatnio, pierwszy raz od dawna, miałam szansę przeczytać coś nie bo-muszę-na-studia-ale-nie-chcę, ale bo chcę-mogę-bo-mam-wolną-wolę i tak oto czytam, właściwie już kończę, "Księgę jesiennych demonów" Grzędowicza i muszę powiedzieć, że lektura ta ma przyjemną, mgliście listopadową otoczkę. Mimo fantastycznego tła (przedziwne wydarzenia, sukuby i inne takie stwory) świat Grzędowicza jest boleśnie codzienny i realistyczny. Książka opisuje szereg przedziwnych wypadków, które zdarzyły się bardzo przeciętnym, wręcz nijakim Polakom, a które, choć zdawały się jak najbardziej normalne z perspektywy pobocznych świadków, były w gruncie rzeczy dziełem nadnaturalnych sił. I tak był sobie bardzo pechowy mężczyzna, mający na utrzymaniu dzieci i żonę, który stracił pracę i, który... nagle dostał od kogoś kartę kredytową bez żadnych limitów. Był terapeuta, który wplątał się w leczenie bardzo niecodziennego i bardzo nadnaturalnego pacjenta, co sprawiło, że demony i inne zjawy poczęły mu wygrażać... Oj, było tego trochę! Nieco ponura lektura, ale napisana bardzo plastycznym i nieco złośliwym językiem. Polecam, zdecydowanie. :)
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.