Ja nadal czekam na swoją płytę! Aż się doczekać nie mogę. :)
The Quantum Enigma jest genialną płytą i zaryzykuję stwierdzenie, że najlepszą w dorobku Epiki! :) To niesamowite w jaki sposób się rozwinęli. Nie ma utworu, który by mi się nie spodobał na płycie. No, poza drobnym wyjątkiem - nie wybaczę im tego, co zrobili z akustyczną wersją Natural Cirruption! :[
Simone jest w doskonałej formie - nigdy nie śpiewała lepiej! Na żywo brzmi również wspaniale - co się z nią stało!? Może rzeczywiście ta ciąża sprawiała jej trudności w występowaniu.
Moi faworyci to (kolejność losowa):
- The Essence of Silence - jeden z najlepszych singli Epiki. Genialny riff, dialog Simone-Mark-chór, wpadający w ucho refren i ta moc! Uwierzycie, że ten utwór skomponował perkusista? ;) Podobno wymyślił go w kuchni. :D
- Reverence - świetny chór i refren! Końcówka miażdży, zwłaszcza Simone, która śpiewa naprawdę wysoko. Od razu przypadł mi do gustu. :)
- Omen - jedyny refren, który zapamiętałem przy pierwszym odsłuchu. Ten utwór zmienia nastrój co chwilę, chyba mi się nigdy nie znudzi! Niesamowicie melodyjny i wpadający w ucho.
- Canvas of Life - Obok Tides of Time, najpiękniejsza ballada w całej dyskografii Holendrów. Przepiękna, wzruszająca, melodyjna. Czyżby pobrali lekcje u mistrzów wpadających w ucho ballad - Withinów? :) Wersja akustyczna wywiera niemniejsze wrażenie.
- In All Conscience - wielu uważa, że ta wstawka chóru jest genialna i najlepsza nie tylko wśród bonusów, ale także na płycie. Należę do tego grona. Melodia, tekst - wszystko współgra ze sobą idealnie. Utwór naprawdę godny polecenia, również w wersji akustycznej.
- Banish Your Illusion - miłość od pierwszych sekund, intro jest niesamowite i potężne. Refren również wpada w ucho. Jest moc!
Niestety, muszę "narzeknąć" na utwór tytułowy. Zazwyczaj właśnie ten tytułowy był takim "ochem i achem" na płycie. Tutaj moje oczekiwania spotęgował jeszcze dopisek "Kingdom of Heaven part II", który to utwór jest moim ulubionym Epiki i 2 na liście najlepszych piosenek w ogóle. Trochę mnie rozczarował, bo spodziewałem się czegoś w podobnym klimacie co część pierwsza. Cały album TQE jest niezwykle urozmaicony, bombastyczny, pełen ciekawych riffów, chórów i innych niespodzianek. Muzycznie, tytułowiec TQE to 90% stopy i gitary rytmicznej (instrumental może być nudny, bo Simone idealnie wypełnia te luki). Żadnego charakterystycznego riffu, szkoda! Jedynym "hakiem" dla mnie są: chór śpiewający "THE-QUAN-TUM-E-NIG-MA" i refren (który brzmiał znajomo i Dave odkrył, że jest "cytatem" z Sensorium! :) Reszta, niestety, mnie zawiodła, co oczywiście nie oznacza, że nie lubię tego utworu. Lubię bardzo, ale uważam, że mógłby być jeszcze lepszy. A może to zabieg celowy? Cały album jest pełen wszystkiego, to może, dla kontrastu, zakończenie miało być spokojne, wyciszające?
Wiem, że zespół nazwał ten utwór jako "KOH II" dopiero później, bo tekstowo był silnie powiązany z KOH I. Nie było więc zamiaru muzycznie kontynuować tego, co wypracował poprzednik. Tylko dlaczego budowa jest bardzo podobna? Mam tu na myśli intro, chór tybetańskich mnichów, partię akustyczną? (: