Once Upon a Nightwish

11. Ostateczne przełamanie

Na początku 2004 roku, Nightwish był zajęty pracą nad demo ich nowego albumu, Once. Rozglądali się również za nowym kontraktem. Te ze Spinefarmem w Finlandii, Drakkar Entertainment w Niemczech i Century Media w Stanach Zjednoczonych wygasły po wypuszczeniu Century Child oraz End of Innocence, więc zanim potentaci muzyczni się zorientowali, że kapela jest do wzięcia, licytacja już się rozpoczęła. Tuomas i Ewo spotkali się z reprezentantami międzynarodowych wytwórni, żeby sprawdzić, z której strony zawieje wiatr.

Ci dwaj nie byli już naiwni, gdy przyszło do prześwietlania ofert.

– Duże marki szybko obiecywały nam gwiazdkę z nieba, ale coś było z nimi nie tak – powiedział Tuomas w wywiadzie dla Soundi. – Na przykład chcieli podpisać kontrakt na kolejne cztery albumy, co w naszym przypadku oznaczałoby jakieś dziesięć lat, a w takim czasie zespół mógłby się rozpaść fizycznie i psychicznie wiele razy. Poza tym dla dużego wydawnictwa nawet pół miliona sprzedanych płyt mogłoby się okazać klapą. Dlatego zdecydowaliśmy się na niemiecki Nuclear Blast – lepiej być jednym z ich priorytetów, niż małą grupą w harmonogramie wielkiej wytwórni, umiejscowioną pod hasłem „może później”. Co zaskakujące, mieliśmy też propozycję np. Sony, chociaż nie wykazywali wcześniej zainteresowania. Założę się, że sukces Evanescence był powodem ich nagłego entuzjazmu.

Znany z nowej jakości gothic metalu i wybitnej wokalistki, Evanescence świetnie się sprzedawał na świecie, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, więc wytwórnie konsekwentnie szalały w poszukiwaniu swojej własnej wersji amerykańskiego zespołu. Jednak duże firmy straciły swoją szansę u Nightwish raz na zawsze, gdy okazało się, że chcą ingerować w ich muzykę.

– Na naszej decyzji najbardziej zaważyła sytuacja, która nastąpiła po tym, jak wysłaliśmy im kilka wersji demo piosenek – wspomina Tuomas. – Nie minęło wiele czasu, kiedy dostaliśmy szczegółowe pytania na temat tego, jak zostanie zmieniona część C utworu i w jakim kierunku pójdzie tekst. Chcieli to wiedzieć, jeszcze zanim podpisaliśmy kontrakt. Czułem się, jakbym wysłał im surowe demo, które powinno być jeszcze porządnie dopieszczone, ale te piosenki były już przecież wersją finalną! Zaczynasz się wtedy zastanawiać, jak miałaby wyglądać później taka współpraca, jeśli już teraz walą z grubej rury.

Podczas gdy Nightwish negocjował swój kontrakt, problemy z komunikacją wewnątrz zespołu pogarszały się. Tarja i Marcelo odseparowali się od reszty grupy.

– Po negocjacjach kontraktu dwa zespoły menadżerskie, King Foo i Cabuli, pozostawały w konflikcie – mówi Jukka. – Jednak mimo to, że sytuacja z Marcelo praktycznie zamieniła się w wojnę, ludzie wciąż mieli dobre nastawienie we wrześniu 2004 roku. Wzięliśmy udział w zbiórce charytatywnej w Finlandii i wydawało się, że się do siebie zbliżyliśmy. Ja, Tuomas i Tarja poszliśmy nawet razem do pubu po tej gali. Wyglądało na to, że wszyscy świetnie się bawią i miło spędzają czas w zespole. Wypiliśmy kilka drinków i rozmawialiśmy o różnych rzeczach. Wtedy wydawało się, że wszystko idzie świetnie. Tarja była otwarta, przyjazna, taka na jaką kreowała się publicznie – osoba, której nie da się nie kochać.

Później Tarja narzekała, że zespół nie udostępniał jej informacji podczas negocjacji kontraktu, czego nie do końca rozumie Jukka.

– Tarja zażądała, żeby ją informować o wszystkich negocjacjach, trasach koncertowych i kontraktach, a nie tylko dawać jej papiery do podpisania. Wiele czasu zajęło nam negocjowanie umowy dotyczącej Once, przeczytanie wszystkich ofert z jej menedżerem zaglądającym nam przez ramię przez cały czas. Często wysuwał absurdalne żądania, po których musieliśmy czekać na kolejną ofertę. Jeśli Tarja nie otrzymywała informacji na temat tego, jak wszystko idzie, to może powinna zapytać swojego menedżera, dlaczego zapomniał ją poinformować o poczynionych w tym kierunku krokach, co trwało miesiącami.

Pomimo, że w grę zaangażowani byli zawodnicy wagi ciężkiej, kontrakt na europejskie wydanie Once został w końcu podpisany z niemiecką wytwórnią niezależną Nuclear Blast, marką specjalizującą się wyłącznie w muzyce metalowej od ponad dekady. Menedżer eksportowy Nuclear Blast, Holger Tiefenbach, po raz pierwszy widział występ Nightwish już podczas Provinssirock w 1999 roku i był podekscytowany tą umową.

– Na początku kariery Nightwish popełniliśmy błąd, nie podpisując z nimi kontraktu – przyznaje Tiefenbach. – Od tamtej pory chcieliśmy ich mieć pod swoją marką. Po tym, jak Ewo został ich menedżerem, chcieliśmy tego jeszcze bardziej, ponieważ znaliśmy go od dawna i wiedzieliśmy, że z nim interesy robi się w spokojnej i profesjonalnej atmosferze. W 2003 roku widziałem Nightwish podczas wielu europejskich festiwali i zauważyłem, w jaki sposób zespół był promowany w różnych częściach kontynentu. Rozmawiałem z różnymi ludźmi i widziałem, jak bardzo są popularni, ale moim zdaniem nie sprzedawali się tak dobrze, jak powinni – sądząc po tym, jacy zwariowani ludzie pojawiali się na ich koncertach. Byłem przekonany, że możemy to zrobić znacznie lepiej.

Tiefenbach miał wielkie plany dla kapeli.

– Nightwish jest unikalnym fenomenem pod względem sposobu, w jaki jednoczy tylu różnych ludzi. Dlatego chcieliśmy ich wcisnąć wszędzie. Zdecydowaliśmy, by wprowadzić nielimitowane środki na marketing i promocję, nie zaprzestawać ich reklamowania. Po tym, jak zobaczyłem koncerty Nightwish na europejskich festiwalach, miałem wszystkie dane marketingowe, jakich potrzebowałem. Koniec końców, wszystko ułożyło się lepiej, niż kiedykolwiek bylibyśmy sobie w stanie to wymarzyć. W kilku krajach sprzedaż podskoczyła nawet dziesięciokrotnie.

W Finlandii Nightwish pozostał w Spinefarmie, Universal Music zajęło się wydawnictwami w Brazylii, Meksyku, Chile i Japoni. Zespół podjął duże ryzyko przy swoim ambitnym albumie, bo jak się okazało, Once było, jak do tej pory, najdroższym krążkiem w historii fińskiego rocka. Bez istniejącego kontraktu, grupa musiała pokryć koszty z własnej kieszeni.

– Kiedy zacząłem pisać piosenki na nowy album, przez wiele miesięcy było tak, jakby ktoś rzucił zły urok na moją pracę – mówi Tuomas o początkach Once. – Nie mogłem niczego z siebie wydobyć, a wszystko, co napisałem, brzmiało okropnie. Wtedy wpadłem na pomysł, żeby napisać piosenkę o tym, jak się czułem – w końcu gniew to też silna emocja. Tak powstało „Dead Gardens”, chociaż myślę, że to i tak najsłabszy kawałek na płycie. Przechodziłem wtedy jakąś fazę na Kotiteollisuus, ściągając od nich niektóre riffy. Ale udało mi się rozładować cały swój ból, tworząc ten jeden kawałek. Ogrody kwitną i umierają, a w tym konkretnym momencie były martwe. Ta piosenka wyleczyła blokadę pisania i znów zacząłem tworzyć, jak w ekstazie. Piosenki płynęły jak woda.

Tuomas był zadowolony z wkładu Jukki w „Dead Gardens”.

– Ten utwór jest też dobrym przykładem tego, jak Jukka, mimo że jest kreatywnym muzykiem, jest w stanie podejść do piosenki na jej własnych warunkach i odpowiednio ją zagrać. Pierwsze podejście do refrenu było progrockowym piekłem, jak Dream Theater na kwasie, więc ja i Tero powiedzieliśmy mu, żeby zagrał to normalniej. Jukka rzucił pałeczkami i wyszedł na zewnątrz, żeby ochłonąć, ale gdy wrócił, zagrał wszystko tak, jak o to prosiliśmy.

Tarja dobrze wspomina nagrywanie Once.

– Otrzymałam demo i teksty w Karlsruhe i byłam pozytywnie zaskoczona. Czułam, że jest w tym wiele blasku i dobrze mi się to śpiewało. Wtedy nagranie tego albumu wydawało się właściwe. Po raz pierwszy, idąc do studia, czułam się dobrze, a Once stało się pierwszym albumem, którego mogłam później słuchać. Czułam też, że mogę zrobić dużo więcej niż wcześniej, i to było wspaniałe. Piosenki wymagały dużo więcej dynamizmu, niektóre z nich były majestatyczne i mocne, inne delikatne i piękne. Myślę, że niewiele jest wokalistek, które są w stanie wyrazić tak różne emocje i odpowiednio dopasować swój głos, jak ja. To jest właśnie ciekawe, sprawdzić, jak bardzo potrafisz się dopasować.

Co ciekawe, nawet Tuomas był tym razem zadowolony z albumu i wyglądało na to, że jego niska samoocena w końcu wzrosła.

– Po raz pierwszy w życiu czułem, że jest to, jak do tej pory, nasz najlepszy materiał – mówi. – Pewność siebie była dla mnie zupełnie nowym odczuciem. Nigdy wcześniej się tak nie czułem, ani razu, ale wtedy po prostu zaufałem temu i czułem się tak aż do czasu, gdy Mika Jussila z Finnvox wręczył mi ostatecznie zmasterowaną wersję.

Reszta rodziny Nightwish również nauczyła się ufać wizjom Tuomasa.

– Zespół rozumiał, że ostateczna wersja brzmiała zupełnie inaczej niż demo – mówi Tuomas. – Musiałem się postarać, żeby w niektórych miejscach usłyszeli orkiestrę czy wokal, w innych chóry, żeby przekonać ich, że będzie to dobrze brzmiało. I nikt nigdy się temu nie sprzeciwił.

– Tuomas potrafi słyszeć kotły, chóry i orkiestrę w swojej głowie, ale my słyszymy tylko keyboard i rytm – śmieje się Jukka. – Mimo że stara się nam to wyjaśniać, nigdy nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, jak to będzie brzmiało. Ale nie możesz się też sprzeciwiać. Kiedy pierwszy raz przeszliśmy przez album, czułem że nie ma na nim żadnego hitu. Nawet „Nemo” na początku do mnie nie przemawiał. Pomyślałem, że „Wish I Had an Angel” powinno być naszym pierwszym singlem.

Początkowo Marco był całkowicie oszołomiony planami Tuomasa.

– Często musiałem go pytać, o co chodzi w piosence – śmieje się Marco. – Na przykład: „To tutaj będzie wokal? To jest refren?” Zdecydowanie potrzebowałem też informacji o podkładzie muzycznym, żeby wiedzieć, gdzie mogę iść na całość, i często zastanawiałem się, czy będzie tam jeszcze miejsce na coś innego, no wiesz: „Ile jeszcze warstw do tego dograsz?!”. Gdy nagrywaliśmy wersję demo „Dark Chest of Wonders”, ciągle podchodziłem do tego sceptycznie, nie czułem tej piosenki, dopóki nie usłyszałem wersji finalnej. Na demówce nowy styl śpiewania Tarji wciąż był w fazie prób, więc nie było słychać mocy w piosence. Ale po odpowiedniej obróbce utwór radykalnie się zmienił, było to wyraźnie słychać.

Tero był kolejną osobą niezupełnie przekonaną do pomysłów Tuomasa.

– Bardzo się pomyliłem w ocenie „Dark Chest of Wonders” – przyznaje. – Nienawidziłem tego kawałka, zasugerowałem nawet, żeby całkowicie go pominąć, po części dlatego, że pierwotny tekst opowiadał o magicznych różdżkach i tym podobnych, a dodatkowo brzmiało to wszystko dość nieporządnie. Ale gdy dostaliśmy to na taśmie, zdałem sobie sprawę, że brzmi to tak dobrze, iż powinno rozpoczynać płytę. Chyba początkowo odniosłem mylne wrażenie, że przy tym albumie zespół jakby… wydoroślał.

Wygląda na to, że droga prowadząca od dema do albumu czasami jest zaskakująco długa.

– Piosenką, która najbardziej się zmieniła, jest chyba „Nemo” – mówi Tuomas. – Najpierw miała trwać około pięć i pół minuty, z podwójnym bębnem basowym i rapującym Marco gdzieś w środku. To po prostu nie zdało egzaminu. W domu nagrałem demo, Tarja zrobiła wokale, ale nie mogliśmy wszystkiego dopasować. Początkowo wokal podążał za melodią pianina. Piosenka miała fajny riff i dobrą melodię, a mimo to brzmiała okropnie. Pracowaliśmy nad „Nemo” piekielnie długo w Finnvox, wokale były nagrywane pięć czy sześć razy. Robiliśmy je ciągle od nowa, ale nic nie pasowało. Zacząłem nawet myśleć, że może kawałek ma za długi tekst i chciałem usunąć kilka linijek.

Ten proces był prawdziwą próbą wiary, ale koniec końców opłacił się.

– Zadręczałem się tą piosenką w domu, martwiłem się, co jest z nią nie tak, do cholery – mówi Tuomas. – Marco zasugerował, że jeśli wyprostuję jeden haczyk w piosence, może to zmienić całą kompozycję. Tak zrobiłem, a później nawet Pan Cyniczny, Tero Kinnunen, stwierdził, że ten kawałek będzie hitem. Dzięki niemu zwolniłem też trochę tempo piosenki i usunąłem partię C – tę z rapem i podwójnym bębnem basowym. Muszę powiedzieć, że to był klasyczny przypadek zabijania swoich ukochanych. Pracowałem nad tym kawałkiem przez wiele miesięcy, a ci kolesie powiedzieli, że trzeba ją pociąć. Muszę jednak przyznać, że mieli rację.

– To było dobre, ale nie pasowało do piosenki – podsumowuje Tero. – Od lat znam Tuomasa, nagrałem z nim cztery albumy, ale zajęło mi dwa tygodnie, żeby zebrać się na odwagę i powiedzieć mu, że partia C tu nie pasuje i trzeba się jej pozbyć. Przez dwa tygodnie nie spałem po nocach i zastanawiałem się, jak mu powiedzieć, że ta partia jest po prostu okropna!

Tuomas chyli czoła przed producenckim talentem Tero.

– Gdy pokazał swój instynkt producenta przy tej piosence, zdałem sobie sprawę, że powinienem go jednak częściej słuchać – przyznaje Tuomas. – Dopiero niedawno zacząłem rozumieć, dlaczego zespół potrzebuje producenta – ponieważ twórca i zespół są za bardzo zżyci z utworami. Gdy zagrasz coś kilkaset razy, stajesz się głuchy na wady.

– Praktycznie w ekstazie zmiksowałem demo – zachwyca się Tero. – Ostatni raz czułem się tak, gdy robiłem finalny miks „Beauty and the Beast” na Century Child. Byłem taki podekscytowany. Pracowałem po nocach i nie mogłem skończyć, bo w kółko słuchałem jednej piosenki. Słuchałem i myślałem: „hej, nie mógłbym czegoś jeszcze z tym zrobić?”, a później słuchałem jeszcze raz. To było chore.

Odrzucona partia C z „Nemo” nabrała nowego kształtu jako „Romanticide”, utwór który Tuomas i Tero nazywają „testamentową piosenką”. To był ostatni kawałek, jaki Tuomas napisał na Once, ale wygląda na to, że dla kompozytora nie ma ona większego znaczenia.

– Jest w porządku. To trochę taki odpad, zlepek riffów, których nie użyliśmy w innych utworach. Mocny kawałek, opowiada o tym, jak romans umiera w tobie i wokół ciebie. Zadzwoniłem nawet do Anglii, żeby zapytać czy słowo „romanticide” w ogóle istnieje – nie istnieje, ale i tak brzmi fajnie!

Marco zaproponował główny gitarowy riff dla „Romanticide”.

– Poszedłem z tym najpierw do Tuomasa, bo stało się jasne, że skończymy nagrywać Once, zanim jeszcze Tarot wejdzie do studia – wyjaśnia Marco. – Jeśli coś jest wystarczająco dobre dla Tuomasa, zostanie użyte w Nightwish, jeśli nie, w przyszłości wykorzystamy to w Tarocie.

Tarja odwiedziła Kitee, by nagrać wokale do „Wish I Had an Angel” i „Nemo”.

– Wersja demo „Nemo” była chyba trochę szybsza niż ta ostateczna, więc łatwiej mi się śpiewało. Ten kawałek okazał się w studiu najtrudniejszym. Wiele razy próbowałam go nagrać, ale w końcu powiedziałam chłopakom, że nie dam rady tego teraz zrobić i musimy spróbować innego dnia. Tuomas też długo się nad tym głowił.

Według Tuomasa, „Wish I Had an Angel”, ze swoim prawie dance’owym beatem, narodziło się z frustracji w barze Karhu.

– Byłem tam kiedyś z moją dziewczyną i wszyscy kolesie do niej podbijali. Nawet ludzie, których znałem, którzy dobrze wiedzieli, że się spotykamy, próbowali ją wyrwać. Na parkiecie mieliśmy zupełne połączenie. Wers „Wish I had an Angel” po prostu wskoczył do mojej głowy. Pomyślałem, że to takie ckliwe, że właściwie może się udać. W pewnym sensie dance’owy beat spaja tę piosenkę i jest ważną częścią tego, o czym ona opowiada. Jeśli chodzi o tekst, jest to najbardziej przyziemny, wieśniacki kawałek, jaki napisałem!

„Ghost Love Score” też powstało dość naturalnie.

– To była jedna z najłatwiejszych do napisania piosenek – mówi Tuomas. – Lubię długie, epickie kawałki, bo w sumie piszą się same, zważywszy na to, że jest mi naprawdę trudno napisać czterominutowy hit, który ma brzmieć ciekawie nawet po kilku przesłuchaniach. Pisanie epickich piosenek jest stosunkowo proste – możesz zmiksować różne tonacje, utwór może być tak długi, jak chcesz, i nie musi mieć sensu. Jedynym warunkiem jest to, żeby gładko szło. Pisanie czegoś takiego jest bardzo wyzwalające. Musisz tylko podążać za swoją świadomością.

– „Ghost Love Score” jest wspaniałe na żywo – zachwyca się Tarja. – Robiłam różne rzeczy z tą piosenką. Ma wiele odsłon, więc śpiewam tam i delikatnie, i majestatycznie. Nawet trochę tańczyłam i machałam głową! Pamiętam, że Tuomas powiedział kiedyś, że podoba mu się moja choreografia, a ja na to: „jaka choreografia, chodzi ci o to, że tańczę?”. To wspaniały, podnoszący na duchu utwór. Jest w nim nastrojowa część, podczas której mogę opuścić scenę i pozwolić, by muzyka mnie poniosła. Dla publiczności to nie jest łatwy kawałek, ale wystarczy, że zamkniesz oczy i dobrze się wsłuchasz, a poczujesz się, jakbyś był w innym miejscu. Zwłaszcza starsi ludzie byli bardzo poruszeni „Ghost Love Score”.

Przez długi czas cały zespół był zdania, że „Ghost Love Score” nie da się zagrać na żywo i zdarzyło się to dopiero 21 września 2004. w Nosturi w Helsinkach.

– Podchodziliśmy do tego sceptycznie, bo uważaliśmy, że nie godzi się grać na żywo utworu, w którym tak duży udział ma orkiestra – mówi Marco. – To znaczy, musisz się chować za wzmacniaczem przez dwie minuty! Z drugiej strony jest dużo czasu na to, żeby Stolt robił swoje magiczne sztuczki ze światłem, więc czemu nie? Można się przez chwilę po prostu zrelaksować. Piosenka ma też wiele niuansów i nastrojowych momentów, które świetnie pasują to występów na żywo.

Wygląda na to, że z „Creek Mary’s Blood” też poszło gładko, bo Tuomas napisał ją w jeden dzień, a później Emppu sam pracował nad partiami gitarowymi. Słychać tam najbardziej klimatyczną gitarę akustyczną w historii zespołu.

– Już podczas pisania tej piosenki wiedziałem, że musi się w niej udzielić jakiś rdzenny Amerykanin, nieważne ile by mnie to miało kosztować – wspomina Tuomas. – Zadzwoniłem do ambasady Stanów Zjednoczonych w Finlandii, a oni dali mi jakieś adresy internetowe i powiedzieli, że nie są w stanie nic więcej zrobić. Niewiele mi to dało, więc postanowiłem spróbować najłatwiejszym sposobem: wpisałem w Google: „rdzenni amerykańscy muzycy”. Jeśli mnie pamięć nie myli, to od razu trafiłem na trzy obiecujące strony, z których pierwszą była johntwohawks.com. Posłuchałem sampli z jego śpiewem i pomyślałem, ze to brzmiałoby idealnie. Wysłałem do niego e-mail, ale nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Mniej więcej po miesiącu Ewo ponownie do niego napisał i już następnego dnia otrzymał odpowiedź. John Two-Hawks był bardzo zainteresowany od samego początku, ale najpierw chciał usłyszeć piosenkę, więc wysłaliśmy mu nasz poprzedni album i wersję demo „Creek Mary’s Blood”.

Muzyk był pod wrażeniem twórczości Tuomasa.

– Tuomas przedstawił mi swoje pomysły i wysłał album Century Child – mówi John Two-Hawks w wywiadzie z Timo Isoaho dla Soundi. – Rozważałem jego propozycję, ale nie chciałem podejmować decyzji przed poznaniem detali. Więc przeczytałem teksty Nightwish i w pewien sposób wyczułem w nich głęboką, duchową wiadomość. Mogłem zrozumieć Tuomasa poprzez jego teksty. On jest dzieckiem nocy; kocha cienie, burze i pracę w samotności. Ja jestem taki sam…

– Chciałbym podkreślić, że gdyby ich teksty były inne, nie współpracowałbym z nimi – kontynuuje John. – Później miałem sen, w którym przodek powiedział mi, że powinienem wziąć udział w tym projekcie i to mnie przekonało. Gdy dostałem demo „Creek Mary’s Blood”, pomysły same zaczęły płynąć. Puściłem też tę piosenkę 72-letniemu księdzu katolickiemu, a on momentalnie ją pokochał! Tak czy inaczej, zacząłem testować w domu różne flety. Wypróbowałem dwadzieścia instrumentów, ale tylko trzy dobrze brzmiały z tym utworem. Tuomas miał wiele pomysłów, jak powinienem zagrać ten kawałek, ale po cichu liczyłem na to, że pozwoli mi na niego wpłynąć bardziej, niż początkowo to sobie zaplanował.

– Johnowi naprawdę spodobał się utwór i powiedział, że będzie z nami współpracował – wraca do tematu Tuomas. – Pomyślałem, że powinniśmy zrobić to właściwie. Nie chciałem po prostu wysłać mu płyt, powiedzieć, żeby zrobił z tym, co chce i później je odesłał. Chciałem, żeby to było bardziej osobiste, dlatego zaprosiłem go do Finlandii. W ten sposób mogliśmy się spotkać twarzą w twarz i zobaczyć, jak będzie nam się współpracować. Napisałem tekst po angielsku, a John przetłumaczył go na język Lakota. Na początku marca przyleciał do Finlandii i okazało się, że wspaniale się dogadujemy. Miał zapisane w umowie, że musi dostać trzy butelki Mountain Dew dziennie, a mówię wam, że pił tego naprawdę dużo! Sesje w studiu zajęły około trzech czy czterech godzin, a resztę czasu spędziliśmy na rozmowach i jedzeniu sosu z boczku [tradycyjna potrawa fińska – przyp. aut.].

John Two-Hawks powiedział w późniejszych wywiadach, że czuł głębokie, muzyczne braterstwo z Tuoamsem. W studiu zgadzali się praktycznie we wszystkim, a „Creek Mary’s Blood” wyszło dokładnie tak, jak tego oczekiwał.

Obok wilków i sushi, jednym z największych zainteresowań Tuomasa jest właśnie kultura i historia Indian. To zainteresowanie oraz wspólna miłość do natury doprowadziły do spotkania fińskiego rockmena i muzyka plemienia Lakota, a potem stworzenia więzi między nimi. Więź ta umocniła się jeszcze, gdy John Two-Hawks zdecydował się nadać swojemu przyjacielowi lakotańskie imię podczas szamańskiego rytuału.

– Nagle John powiedział, że chce mi nadać indiańskie imię – wspomina Tuomas. – Zrobił coś takiego tylko dwa razy dla białych ludzi, więc był to wielki zaszczyt. Jego przodek powiedział mu we śnie, że ta osoba musi otrzymać konkretne imię, ponieważ na to zasługuje. Naturalnie, bardzo mi to schlebiało. Rytuał nadania imienia miał miejsce w pokoju nagraniowym studia C w Finnvox, w obecności mojej, Johna i dziewczyny, z którą się wtedy spotykałem, ponieważ John powiedział, że powinna przy tym być. Stałem tam, zastanawiając się nad moim nowym imieniem, byłem pewny że zostanę „Śmiejącą się Krową” albo kimś w tym rodzaju!

Na szczęście imię było czymś bardziej osobistym i subtelnym.

– John tańczył wokół mnie. Spalił jakieś kadzidło, grał na bębnie i śpiewał. Nazwał mnie „Sunkmanitutanka Nagi”, czyli Wilk Cienia [Shadow Wolf – przyp. tłum.]. W tradycji Lakota wilk jest nauczycielem, który żyje w mrocznych miejscach, tylko od czasu do czasu pokazuje się w świetle, aby prowadzić i uczyć ludzi i inne stworzenia swojej sztuki. John powiedział, że ja dokładnie taki jestem i widzę siebie w tym świetle. Gdybym wierzył w reinkarnację, powiedziałbym, że na pewno byłem wilkiem w poprzednim życiu. Z jakiegoś dziwnego powodu czuję niesamowitą bliskość z wilkami.

– To, że nadał mi imię Wilk Cienia, przyprawiło mnie o dreszcze – kontynuuje Tuomas. – Jestem pewien, że coś się wydarzyło podczas tej ceremonii, bo poczułem, jak przepełnia mnie coś dziwnego. Podarkiem od Johna dla mnie była najdziksza rzecz. Kiedy Indianin coś ci daje, to nie jest byle co, dla nich to coś najcenniejszego na świecie. Two-Hawks dał mi muszlę oprawioną w króliczą skórę, która należała do jego przodków. Byłem zdumiony. To był niesamowity zaszczyt.

John Two-Hawks opowiedział Soundi o wierszu, który recytuje w „Creek Mary’s Blood”.

– Lakota zawsze używali języka mówionego, dlatego istnieją pewne wyrażenia w języku angielskim, których nie da się przełożyć na nasz. Z tego powodu mój przekład wiersza jest dłuższy niż oryginał. Pomimo tego byłem zaskoczony tym, jak dobrze wiersz Tuomasa brzmi w języku Lakota. Pisał w nim o życiu Indian, o tym jak nasze ziemie zostały obrabowane, a kultura zniszczona, wywarło to na mnie ogromne wrażenie. On pochodzi z zupełnie innej kultury, a mimo to potrafi nas zrozumieć. W tym tekście od razu widać, że czytał książki Pochowaj Me Serce w Wounded Knee i Krew Mary z Plemienia Krików Dee Browna.

Zbudowana wokół riffu Emppu „The Siren” była kolejną piosenką do skończenia.

– „The Siren” od początku towarzyszyły szalenie dobre wibracje – opisuje Tuomas. – Części po prostu się ze sobą łączyły, zwłaszcza refren, który ma tylko trzy akordy. Ten kawałek dobrze się dopasował.

W Finlandii i Niemczech „The Siren” było czwartym singlem z albumu. Nuclear Blast zrobił też do niej teledysk, który okazał się kompletną klapą, lecz mimo to wrzucili go na swoją stronę internetową. Wideo produkcji niemieckiej zostało opatrzone niezbyt dobrymi obrazkami oraz animacją komputerową, przypominającą gry z początku lat dziewięćdziesiątych. Nie trzeba dodawać, że scenariusz klipu miał niewiele wspólnego z tekstem piosenki. Zespół nie był zadowolony z teledysku, deklarując, że od początku byli przeciwni wypuszczeniu go. Nawet personel Nuclear Blast był z niego tak niezadowolony, że zabroniono go rozsyłać do stacji muzycznych. Jednak przypadkowo ten potworek ukazał się w fińskim Headbanger’s Ball w MTV.

– Nie chciałem nawet go widzieć – mamrocze Tuomas. – Słyszałem, że jest gówniany. To wszystko było pomysłem Markusa Staigera [szefa Nuclear Blast – przyp. aut.], chyba tylko on jeszcze broni tego klipu. Koncepcja była do dupy, a całość wyszła płasko, mimo to był wciąż dostępny na stronie Nuclear Blast. Udzielałem wywiadu w Sztokholmie i zapytano mnie, czy chciałbym coś powiedzieć o naszym nowym teledysku… Cóż, oczywiście, że nie chciałem!

Pierwszy raz od wielu lat, Tuomas napisał również piosenkę w języku fińskim.

– „Kuolema Tekee Taiteilijan” jest w pewnym sensie interludium – uśmiecha się Tuomas. – Właściwie to systematycznie, może nawet zbyt systematycznie, próbowałem robić coś nowego. To się prawie przerodziło w obsesję, czułem że muszę spróbować wszystkiego, co tylko sobie można wyobrazić, z tą kapelą. W końcu zdecydowałem się napisać piosenkę po fińsku. Okej, mieliśmy „Lappi” na naszej pierwszej płycie, ale nie wiem, czy można to nazwać prawdziwą piosenką. Od początku było dla mnie jasne, że gdyby „Kuolema Tekee Taiteilijan” miała być tradycyjnym utworem Nightwish, z głośnym heavy metalowym uderzeniem, brzmiałoby to absurdalnie. Zdecydowałem, że będzie to ballada z orkiestrą, ale bez perkusji i gitar. Do samego końca miałem wątpliwości i na wszelki wypadek przygotowałem też tekst po angielsku. Koniec końców ten utwór dodał albumowi egzotycznego brzmienia i jest to w pewnym sensie hołd dla naszych fińskich fanów, którzy byli z nami od samego początku. To piękna piosenka z solówką na wiolonczeli i myślę, że jest to główna atrakcja całej płyty. Praktycznie można poczuć ciężar przeszłości. Solo zostało zagrane na autentycznym, siedemnastowiecznym Stradivariusie – słyszałem, że ten instrument jest wart ponad 2 miliony funtów!

Później Tarja ujawniła, że ta piosenka ma dla niej wyjątkowe znaczenie.

– Wspaniale było widzieć, jak ludzie na całym świecie milkli, aby jej posłuchać i zapalali zapalniczki. Pomimo tego, że na scenie nie działo się nic specjalnego, tylko ja, samotna śpiewaczka, ten utwór zawsze tworzył niesamowitą atmosferę. Śpiewałam po fińsku, a jako że jesteśmy w pewnym sensie ambasadorami Finlandii, ta piosenka jest bardzo ważna. Dawałam koncerty śpiewu klasycznego za granicą, a gdy śpiewałam coś po fińsku, ludzie zawsze mówili, że mamy piękny język. Więc jest to dla mnie bardzo ważne i uważam, że powinniśmy zawsze pamiętać, skąd pochodzimy.

Podczas fazy demo Once, Tuomas wpadł też na pomysł umieszczenia na albumie „typowo punkowej piosenki”.

Napisałem ten kawałek w studiu, zajęło mi to kilka chwil, kiedy reszta nagrywała gitary i bas. Gdy skończyli, powiedziałem, że mam nową piosenkę. Byłaby ona w porządku dla takiego zespołu jak To/Die/For czy For My Pain…, ale nie do końca pasowała do Once. W pewnym  sensie to była ulga, gdy dotarło do mnie, że nie pasuje. Bo jeśli piosenka, którą napisałem w pięć minut, miałaby stać się naszym największym hitem, to bardzo by skomplikowało mój proces twórczy w przyszłości! Chyba podsunę ją For My Pain…, jak będą nagrywać kolejną płytę.

Napisany prawie całkowicie przez Marco utwór „Higher than Hope” początkowo został zaakceptowany przez resztę zespołu.

– Wymyśliłem „Higher than Hope”, kiedy brzdąkałem sobie w domu na gitarze – wspomina Marco. – Bawiłem się wokalem, harmonizacjami i melodiami, riffami i tym podobnymi, a po chwili miałem już piosenkę. Tuomas dodał coś od siebie oraz partie klawiszy. W orkiestracjach oczywiście nie brałem żadnego udziału. Nie byłem nawet pewien, czy ta piosenka nada się dla Nightwish, ale bardzo mi się podobała, więc na pewno i tak gdzieś bym ją wykorzystał.

Okazało się, że Tuomas miał już pomysł na tekst – piosenka miała być pożegnaniem z jego zmarłym przyjacielem z Ameryki. Wyrażenie „Tonę pozbawiony oddechu” odnosi się do tego, że Marc Brueland nie był już w stanie przełykać w ostatnim stadium swojej choroby, a „Czerwone słońce wschodzi” nawiązuje do pożarów lasów, które miały miejsce dzień po jego śmierci.

– Tuomas zobaczył kalifornijskie pożary w wiadomościach i martwił się o nas – opowiada matka Marca, Georgene. – Napisałam mu e-maila, że u nas wszystko w porządku, wtedy powiedział mi, że chciałby użyć głosu Marca w piosence. We wczesnym stadium choroby Marc udzielił wielu wywiadów, ponieważ próbowaliśmy dotrzeć do kogoś, kto mógłby go wyleczyć, dlatego mieliśmy zapis jego głosu na taśmach. Niektóre z nich wysłaliśmy Tuomasowi. W „Higher than Hope” słychać, jak mówi „nie pytam dlaczego mi się to przytrafiło, ale dlaczego zostałem ocalony – co mam teraz zrobić?”. Powiedział tak, bo myślał, że wszystkie komórki rakowe zostały usunięte. Przez cały czas miał nadzieję, że wygra to starcie. Nigdy się nie poddał.

– Tuomas napisał „Higher than Hope”, a ta piosenka uczyniła mojego syna nieśmiertelnym – mówi Georgene. – Młodzi ludzie, bracia i siostry metalowcy, piszą do mnie w e-mailach, że modlą się za Marka. Płaczą, gdy słyszą tę piosenkę, bo myślą o nim. Pamiętają go.

W całym swym mrocznym majestacie, utwór ten jest niezaprzeczalnie ujmujący.

Od samego początku Tuomas miał silne przeczucie, że na Once musi się znaleźć orkiestra. Po zakończeniu nagrywania podkładów, pracę kontynuowano w Londynie, pod okiem legendarnego producenta, Pipa Wiliamsa. Znany ze swojej pracy ze Status Quo czy Uriah Heep, Wiliams odpowiadał za orkiestracje na nowym albumie Nightwish.

Gdy ekipa Nightwish usłyszałam z jaką orkiestrą będą współpracować, musiała zbierać szczęki z podłogi.

– Kiedy polecieliśmy z Ewo do Londynu pod koniec listopada, żeby spotkać się z Pipem Wiliamsem, nie mieliśmy pojęcia jaką ma dla nas orkiestrę – mówi Tuomas. – Wiedzieliśmy tylko, że on sam będzie robił aranżacje, i że dzięki swoim znajomościom załatwi nam orkiestrę i chór. Gdy po raz pierwszy odwiedziliśmy Phoenix Sound Studio, Rick Wakeman [klawiszowiec legendarnego zespołu, z gatunku rocka progresywnego, Yes – przyp. aut.] otworzył nam drzwi. Wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że jest grubo. Gdy piliśmy kawę w studiu, Pip ogłosił nowinę: orkiestra, która dla nas zagra, nagrywała ścieżkę dźwiękową do Władcy Pierścieni i wielu innych hollywoodzkich produkcji, a wszystko właśnie w tym studiu!

Okazuje się, że Pip Wiliams chciał jak najlepiej dla zespołu, który darzył dużym szacunkiem.

– Śledziłem ich poczynania od jakiegoś czasu, ich rozwój był interesujący. Oczywiście rockowe zespoły już wcześniej wykorzystywały orkiestrę w swojej muzyce, jak na przykład Deep Purple, ale naprawdę czułem, że Nightwish odniesie największy sukces, łącząc te dwa światy. Są typową grupą metalową z silnymi wpływami klasycznymi i filmowymi.

– Ważne było dla mnie, żebym nie tylko dograł trochę orkiestry do rockowego podkładu – kontynuuje Wiliams. – Kompozycje Tuomasa były genialne również dlatego, że można było dodać do nich chór i orkiestrę w sposób naturalny, tak żeby nie wydawało się to pretensjonalne czy przekombinowane. A to jest sprawa najwyższej wagi. Piosenki muszą być napisane tak, żeby pozostawało wystarczająco dużo miejsca dla orkiestry. Końcowe efekty budziły wielkie emocje. Nie zapominajmy też o tym, jacy dobrzy muzycy grają w Nightwish. Są bardzo życzliwi wobec wizji Tuomasa. A mocny głos Tarji oddał piosenkom sprawiedliwość.

Wiliams dobrze znał swoją orkiestrę.

– Pracowałem z większością muzyków podczas licznych sesji przez wiele lat. Gavin Wright jest wrażliwym i autorytatywnym dyrygentem, a razem z rozgrywającą orkiestry, Isobel Griffiths, byliśmy w stanie dobrać odpowiednich muzyków do każdego utworu. Przykładem na to jest Anthony Pleeth, wiolonczelista prowadzący, który zagrał solówkę na swoim instrumencie w „Kuolema Tekee Taiteilijan”. Ci ludzie zrobili bardzo wiele ścieżek dźwiękowych do ogromnych produkcji filmowych, tak samo jak wspaniały chór Metro Voices. Pomyślałem, że ten projekt wymaga świetnego występu, który mógłby się znaleźć w ścieżce dźwiękowej, powiedzmy, Howarda Shore’a.

Tuomas nie mógł być bardziej podekscytowany tą sytuacją.

– Wykorzystanie orkiestry było przełomowym doświadczeniem. Leżałem przez dwa dni na kanapie w studiu i słuchałem tych niesamowicie utalentowanych ludzi. Podczas pierwszych podejść, ktoś powiedział do mikrofonu: „ci kolesie to tak na poważnie?”. Gdy zaczęliśmy z „Ghost Love Score”, orkiestra była pozytywnie zaskoczona. To oraz „Dark Chest of Wonders” były pierwszymi numerami, jakie nagraliśmy.

Wiliams był zadowolony z orkiestry.

– Ci muzycy tak dobrze czytają nuty, że wystarczyło zrobić kilka przesłuchań. Później zrobiliśmy po dwa podejścia do każdej piosenki. Wszystko poszło gładko. Następnie sprawdziłem, czy Tuomas jest zadowolony i ruszyliśmy dalej. Jeśli byłoby coś, co chciałby zmienić, szybko byśmy się tym zajęli. Muszę jednak powiedzieć, że byliśmy dobrze przygotowani; gdy pisałem aranżacje, byłem w ciągłym kontakcie telefonicznym z Tuomasem. Tak, zapłaciłem ogromny rachunek za telefon! Ale opłaciło się, koniecznych było tylko kilka zmian.

Tuomas i Pip Wiliams od razu znaleźli wspólny język.

– Tuomas jest wrażliwy, troskliwy, bardzo spostrzegawczy; w Anglii nazywamy to muzyczną gąbką – komentuje Wiliams. – To oznacza, że zawsze chce wypróbować coś nowego i wchłania muzyczne wpływy z otoczenia jak gąbka. Tuomas ciągle chce się uczyć więcej o muzyce, jej korzeniach i brzmieniu. Ma bardzo silne przekonanie o tym, co chce osiągnąć, ale zostawia też trochę przestrzeni dla swoich współpracowników, by mogli się wykazać. Jest pokorny, przyjazny i docenia innych, jeden z najbardziej utalentowanych muzyków i kompozytorów, z jakim pracowałem. Myślę, że spokojnie mógłby napisać pełną ścieżkę dźwiękową do filmu. Na pewno chcę z nim jeszcze współpracować, właściwie już nawet o tym rozmawialiśmy. Chciałbym też pracować z nim kiedyś przy muzyce do jakiegoś filmu.

– Często muzycy wchodzili do pokoju przesłuchań i słuchali nagrań, c0, według Pipa, nie zdarza się często – mówi Tuomas. – Zazwyczaj nie są tak zainteresowani, po prostu robią, co do nich należy i wychodzą, ale oni słuchali utworów. Pod koniec ostatniego dnia, gdy zszedłem im podziękować, zaczęli bić brawo, a nawet wstawali z krzeseł. To był jeden z najwspanialszych momentów w moim życiu.

Według Wiliamsa, popowy czy rockowy artysta rzadko dostaje owacje na stojąco.

– Muzycy szanują jakość utworów oraz wyzwanie grania takiej zawiłej i dobrze złożonej muzyki. Trzeba pamiętać o tym, że ci ludzie nagrywają też zwykłe sesje popowe, piosenki, które są bardzo proste. Przy Nightwish, mieli możliwość zagrać coś tak wymagającego, jak niejeden klasyczny numer, na którym ćwiczyli. To było coś więcej niż 3-akordowe piosenki na 4/4. Oni również szanują ludzi, którzy są w stanie podjąć tak duże finansowe i muzyczne ryzyko, a to wszystko w imię sztuki! To były bardzo kosztowne sesje. Ja również jestem zadowolony z tych aranżacji.

– Zawsze trzeba iść na kompromisy, łącząc metal z orkiestrą, ale, koniec końców, jestem bardzo zadowolony z rezultatu – mówi Pip. – Najważniejsze jest to, że Nightwish utożsamia się teraz z orkiestrą, a nasza współpraca może wyglądać w przyszłości jeszcze lepiej. Serio, Once sprawiło mi tyle radości, jak niewiele innych projektów, a robię to od trzydziestu pięciu lat!

Monumentalny album kosztował zespół około dwieście trzydzieści tysięcy Euro, a doliczając single i wersje specjalne, kwota ta zbliża się coraz bardziej do ćwierć miliona.

– To chyba najdroższy album, jaki kiedykolwiek powstał w Finlandii – mówi Tuomas. – Wydawca pójdzie z torbami, gdy będziemy nagrywać następny. Ale nigdy nie zmarnowaliśmy pieniędzy – żadnych niepotrzebnych wypadków, jak sławny producent, kręcący się gdzieś z boku. Żadne euro nie zostało wydane bez wcześniejszego zastanowienia.

Zdaniem Tuomasa, każda decyzja była również usprawiedliwiona muzycznie.

– Jeśli chcesz pójść o krok do przodu, zarówno muzycznie, jak i sprzedażowo, to trzeba podjąć ryzyko finansowe. Nie wiemy, czy kolejna płyta będzie brzmiała jeszcze lepiej, ale jest to bardzo możliwe. Na tym albumie orkiestra nie pojawia się tylko w dwóch utworach, ale chciałbym, żeby na następnym albumie znalazła się na każdym, a to oczywiście jeszcze nie koniec. Dobrze rozumiemy dynamikę i to, jak powinien brzmieć ukończony album, więc nie zapychamy piosenek czymkolwiek, byle tylko mieć to z głowy. Po wydaniu Wishmastera myśleliśmy, że to szczyt naszych muzycznych możliwości, ale dwa kolejne krążki udowodniły, że tak nie jest. Próby uzyskania wspaniałego brzmienia nie są dla nas najważniejsze, te piosenki po prostu potrzebują nutki dramatyzmu. Tacy już jesteśmy.

W kwestii pieniędzy wydanych na Once, Marco całkowicie zgadza się z Tuomasem.

– Twoje nastawienie do tworzenia muzyki oraz to, ile pieniędzy jesteś w stanie w to włożyć, zawsze zaowocuje w efekcie końcowym. Gdybyśmy mieli nagrać Once w dwa tygodnie przy minimalnym budżecie, album brzmiałby zupełnie inaczej. Podejrzewam, że odbiłoby się to też na sprzedaży.

– Oczywiście wielu narzekało, że fiński zespół nie współpracował z fińską orkiestrą – mówi Tuomas. – Ludzie męczyli nas pytaniami, dlaczego przenieśliśmy naszą pracę za granicę. Ale może jest jakiś powód, dlaczego Howard Shore nie wykorzystał orkiestry z Joensuu do nagrania ścieżki dźwiękowej Władcy Pierścieni, nieprawdaż?

Zespół nie spoczął na laurach.

– Nigdy nie byliśmy gwiazdami rocka, siedzącymi w studiu, narzekającymi i czekającymi aż spłynie na nas inspiracja – mówi Marco. – Szczerze mówiąc, ciężko tam pracowaliśmy.

Podczas gdy Tuomas i Pip Wiliams nagrywali partie orkiestry w Londynie, Marco i Tarja śpiewali w Finnvox. Zespół zainwestował również kolejne dwieście tysięcy euro swoich własnych pieniędzy w nakręcenie teledysku.

Pierwszy klip z Once, „Nemo”, został wyreżyserowany przez najbardziej znanego twórcę teledysków w Finlandii, Anttiego Jokinena. Ten człowiek zrobił karierę w Stanach Zjednoczonych, gdzie nagrywał klipy takich gwiazd, jak: Eminem, Shania Twain czy Will Smith. Ewo wyczytał w wywiadzie, że Jokinen chciałby kiedyś zrobić teledysk dla fińskiego zespołu i przestraszył się, że ktoś może ich uprzedzić, więc od razu się z nim skontaktował.

Jokinen zaakceptował ofertę.

– Moja przeszłość była związana z heavy metalem, więc spodobał mi się Nightwish – powiedział w wywiadzie telewizyjnym. – Lubię ich mieszaninę opery i metalu. Najważniejsze było dla mnie jednak to, że są z Finlandii. Zawsze mówiłem, jak ważne jest to, żeby promować fińską muzykę za granicą i zdecydowałem, że czas najwyższy przestać mówić, a zacząć działać. W pewnym sensie był to projekt charytatywny, bo ani ja, ani producenci nie zostaliśmy opłaceni, wszystkie pieniądze poszły na produkcję. Gdy celujesz w rynki zagraniczne, najważniejszy jest dopracowany teledysk na najwyższym poziomie, a to wiąże się z dużymi wydatkami. Mieliśmy wspaniałe oświetlenie i światowej klasy postprodukcję.

Piękny teledysk do „Nemo” okazał się wart każdego wydanego grosza, a nowe zdjęcia promocyjne pokazały pewną siebie grupę. I po raz pierwszy cały zespół był zadowolony z nowego albumu. Wszystko było gotowe do wydania przełomowego dzieła Nightwish.

Tuomas, który wreszcie był bardziej pewny siebie, uważa Once za kawał dobrze wykonanej roboty.

– Nigdy nad tym nie myślałem, ale gdyby się zastanowić, to chyba zbudowałem kamień milowy ciężkiej muzyki – uśmiecha się. – Jednak, jak już mówiłem, nie da się zrobić czegoś odmiennego, wyróżniającego się, co nie ma żadnej wartości samo w sobie. Wydaje mi się, że jest to jedna z najbardziej przecenianych zalet w dzisiejszej muzyce. Jeśli piosenka jest fajna, wywołuje emocje, to kto by się przejmował, że kiedyś słyszał coś podobnego? Szukanie oryginalności dla samej oryginalności, jest zwykłym artystycznym pieprzeniem.

Tuomas podświadomie szukał inspiracji w muzyce heavy metalowej już od dawna.

– Oczywiście, że słuchałem Pantery czy Metalliki i można usłyszeć podobne riffy na Once, ale to nie było zamierzone. Nowych pomysłów szukam głównie w ścieżkach dźwiękowych do filmów.

Ukończony album przekonał nawet wiecznie krytyczną Tarję.

– Podczas pierwszego słuchania Once przeszedł mnie zimny dreszcz – mówi. – Miałam gęsią skórkę, nadal mam, gdy tego słucham. Bardzo lubię „Creek Mary’s Blood” i „Ghost Love Score”. Bo kto ich nie lubi? Sposób, w jaki współpracuje zespół i orkiestra… To po prostu pasuje, perfekcyjnie. To spore osiągnięcie dla kapeli metalowej.

Gdy album Once był już gotowy, zespół miał trochę wolnego czasu, jako że negocjacje kontraktu wciąż trwały. W myśl swojego motto „żadna przerwa nie jest za krótka na pracę”, niektórzy z nich zajęli się projektami pobocznymi. Marco i Tuomas pomogli grupie Trio Niskalaukaus przy ich nowym albumie Kylmä tila [Zimne miejsce – przyp. tłum.], gdzie Marco nagrał wokal wspierający do piosenki „Älkää Selvittäkö” [„Nie wyjaśniaj” – przyp. tłum.], a Tuomas zagrał na klawiszach w „Kylmä tila” oraz „Juoksevan veden aika” [„Czas płynącej wody” – przyp. tłum.]. Tarja połączyła siły ze swoimi szkolnymi przyjaciółmi z Karlsruhe – Marjut Paavilainen, Juha Koskela i pianistką Izumi Kawakatsu – po czym kwartet wyruszył w trasę nazwaną „Noche Eskandinava II”, która zawiodła ich do Chile, Argentyny , Brazylii i Rumuni.

Singiel „Nemo” został wydany pod koniec kwietnia 2004 roku, a ponieważ jednocześnie znalazł się w zestawieniach Top 25 w ośmiu różnych krajach (na Węgrzech i w Finlandii osiągając pierwsze miejsce), pokrył się złotem już po tygodniu.

Impreza z okazji wydania albumu odbyła się, zgodnie z tradycją, w Ice Hall w Kitee. Impreza, zorganizowana 22 maja 2004 roku, przewróciła małe miasteczko do góry nogami. Zagraniczni goście wypełnili hotele oraz tymczasowe motele, postawione przez związki szkolne i sąsiedzkie. Po krótkim czasie w tej wiosce nie było ani jednego wolnego łóżka. Miasto zaapelowało nawet do mieszkańców o pomoc w stawianiu tymczasowych burs. Wolnych pokoi hotelowych nie było nawet w Joensuu.

Jako że zbliżała się ważna data, ekipa zajmująca się trasą koncertową przeszła transformację. Tero nie zajmował się już monitorami, zamiast tego wziął odpowiedzialność za klawisze Tuomasa, bas Marco i napoje dla zespołu, tworząc swój tajny bar za wzmacniaczem basowym. Nowym inżynierem od monitorów, jak również szefem nadzoru i techników został Ville Kauhanen. Zmienili się też technicy dźwięku i gitar, technik gitarowy Emppu, Kimi Tuunainen, był zmuszony opuścić ekipę z powodu uszkodzenia słuchu.

Miejsce Kimiego zajął gitarzysta Antti „Andy” Toiviainen, z fińskiej Imatry.

– Nie miałem dobrego kontaktu z Anttim – mówi Emppu. – Ale często podczas trasy przesiadywaliśmy w naszym pokoju hotelowym, popalając i wypijając kilka głębszych. Antti jest wyluzowanym kolesiem z Imatry, łatwo się z nim dogadać. Myślę, że to dlatego, że oboje w głębi serca jesteśmy chłopakami z wioski.

Technik dźwięku, Ari Suomi, został zastąpiony sezonowym zawodowcem z fińskiego miasta Teuva – Kimo Ahola.

– Przed współpracą z Nightwish robiłem już różne rzeczy, pracowałem dla takich kapel jak 69 Eyes – mówi Ahola. – Całe życie byłem w tym biznesie. Gdy zaproponowano mi tę posadę, od razu powiedziałem: „Pewnie, że tak!”, mimo że zawsze nienawidziłem latania, a z Nightwish ciągle będę siedział w samolocie!

– Bardzo lubię w tym zespole to, że zawsze byli dumni z tego, skąd pochodzą – kontynuuje Ahola. – Też zawsze próbowałem promować swoje miasto w Ostrobotni. Na całe szczęście, ci ludzie nie stali się „gwiazdami rocka” z Helsinek. Świetnie było zobaczyć ludzi, dumnie sprzedających koszulki z napisem „Kitee-Helsinki, 6-0” podczas pierwszego koncertu. To było wspaniałe!

Występ sceniczny Nightwish był ogromny, co ukazywało ich światowy status, imponujące oświetlenie i elementy pirotechniczne stały się już integralną częścią koncertów. Technik oświetlenia, Tommi Stolt, dumnie zaprezentował w Kitee swój nowy gadżet, konsolę oświetleniową, będącą prawie dziełem sztuki, która mogła oświetlić małe miasto. Kosztująca około trzydzieści cztery tysiące euro i pozwalająca na jednoczesne kontrolowanie sześciesięciu ośmiu tysięcy lamp konsola, była podobna do tej, która zarządzała całym oświetleniem podczas Igrzysk Olimpijskich w Atenach w 2004 roku. Możliwości rozszerzania zasięgu systemów opartych na komputerach są prawie nieskończone, więc Tommi mógł wreszcie wdrożyć swoje największe plany związane z oświetleniem.

– Jeśli dobrze zrozumiałem, to oświetlenie odgrywa ogromną rolę w występach tej kapeli – mówi Stolt. – Były czasy, gdy musieliśmy dać wiele koncertów ze słabym oświetleniem, a to wcale nie wyglądało dobrze. Gdy Jukka zapytał mnie, czy naprawdę potrzebujemy nowej konsoli, ja zapytałem go, czy chciałby zagrać swoje partie na puszkach po konserwach. Powiedział, że absolutnie nie, na co ja odparłem: „No właśnie! A ja muszę grać na takich puszkach codziennie!” I tak moi przyjaciele nieco we mnie zainwestowali, co uczyniło moje życie o wiele łatwiejszym.

Czarodziej od efektów specjalnych, Pommi-Markku, też miał asa w rękawie. Na koncercie w Kitee Nightwisch zaprezentował „wodospad” – urządzenie, zawierające setki małych dyszy, tworzących powierzchnię wody, na której były wyświetlane zdjęcia i efekty świetlne. Tylko księżniczka popu, Britney Speras, używała wcześniej podobnego ustrojstwa.

Festiwal był też połączony ze spektaklem w Kitee, a za Ice Hall została postawiona mała scena, na której  inne północnokarelskie zespoły prezentowały swoje talenty. Jednym z nich był Division 19, grupa Samiego Hirvonena, który kiedyś grał w Nightwish na basie.

Kitee tymczasowo zamieniło się w wesołe miasteczko, a wioska świętowała tę okazję stemplem pocztowym, który przybijano tylko tego dnia. Widniał na nim herb Kitee – koło sterowe – oraz rzeźba anioła, przypominające tę z okładki Once. Tego dnia zostało również wypuszczone specjalne piwo Nightwish, produkowane przez browar Nokia Brewery, a pierwszym miejscem, w którym zaczęto je sprzedawać, był oczywiście bar Karhu, pijalnia zespołu, oraz K-Market Kupiainen, gdzie Nightwish również wystąpił. Zarówno bar, jak i sklep pozbyli się piwa przed południem, ale publiczność mogła je jeszcze kupić w barze w Ice Hall. Ci, którym nie udało się dostać biletów na wyprzedany koncert, mogli go oglądać na telebimach w każdej restauracji w Kitee.

Gdy pięć tysięcy turystów napłynęło do miasta zamieszkałego przez dziesięć tysięcy osób, musiano się na to dobrze przygotować. Za bezpieczeństwo i zdrowie gości było odpowiedzialnych dziesięcioro tłumaczy, ponad siedemdziesięcioro ochroniarzy, dwa ośrodki pierwszej pomocy i jeden lekarz. Cały teren był zabezpieczony przez policję i straż pożarną. Na koncert przybyli fani z siedemnastu krajów, a gwiazdy wieczoru były tak samo podekscytowane, jak oni. Na konferencji prasowej, zorganizowanej w szkole Hutsi, Tuomas i Tarja wyznali zagranicznym reporterom, jak bardzo kochają Kitee i opowiedzieli o tym, jak bardzo denerwują się występem przed własną publicznością. Lokalna gazeta Karjalainen oczywiście pękała z dumy:

Rzadko oczekiwania wobec rockowego koncertu są tak wielkie, jak to miało miejsce podczas imprezy w Ice Hall, w Kitee, z okazji wydania nowego albumu Nightwish. Będąc świadkiem tego, jak zespół z małego miasta urósł do rangi światowych gwiazd, nie pozostaje nic innego, jak pogratulować Kitee takich ambasadorów. Kiedyś to miasto było znane z bimbru, następnie z fińskiego baseballu, a teraz operowego zespołu metalowego, który dumnie je reprezentuje. W pewnym sensie ta impreza jest ze strony zespołu zadośćuczynieniem dla ich rodzinnego miasta, gdzie już dawno nie mieli okazji występować.

Gazeta napisała też o samym koncercie:

Impreza okazała się spektaklem na miarę światowych gwiazd. Imponujące efekty – pirotechnika, oświetlenie, wodospad – były bardzo dopracowane i stylowe. Oszałamiające wizualizacje wspaniale komponowały się z muzyką zespołu, przykuwając uwagę publiczności i robiąc wrażenie nawet na osobach, które nie są specjalnymi fanami grupy.

Im bliżej końca, występ stawał się coraz lepszy. Chociaż muszę przyznać, że grali trochę za głośno. Wielka szkoda, gdy słuchacz jest zmuszony włożyć zatyczki do uszu, bojąc się o utratę słuchu. Jeśli dobrze rozumiem, na koncert idzie się po to, by posłuchać muzyki.

Każdy instrument był odpowiednio wyróżniony, nawet bas był dobrze słyszalny, ale na ich miejscu bardziej bym podkreślił głos Turunen. Chociaż wszyscy świetnie grają, to ona ma ogromny udział w ogólnym wrażeniu.

Oczywiście inni członkowie zespołu również mają duży wpływ na jego popularność, ponieważ dobrze wyszkoleni muzycy, odpowiedni dźwięk na koncertach i wiele innych czynników są składnikami przepisu na sukces. Wokal basisty, Hietali, świetnie uzupełnia Turunen, a gdybym mógł o tym decydować, chciałbym, żeby wszyscy muzycy robili za chórki.

Duży nacisk został położony na starsze kawałki, bo z nowego albumu usłyszeliśmy tylko kilka. Teraz zespół rusza na podbój świata. Jedyne, czego mi brakowało, to piosenki śpiewanej po fińsku – chociaż jeden czy dwa wersy – bo podobno jest taka jedna na nowym albumie. To byłby wspaniały hołd dla ich rodzinnego miasta i języka fińskiego.

ANTTI JUVONEN, KARJALAINEN, 24 MAJA 2004.

Koniec końców, koncert spełnił oczekiwania widowni i prasy. Zespół otrzymał również na zakończenie koncertu platynową płytę za sprzedaż singla „Nemo” w Finlandii, był to pierwszy objaw wielkiego sukcesu. Po wydaniu Once, zespół był zajęty jak nigdy dotąd, wyglądało to tak, jakby każdy magazyn chciał z nimi porozmawiać. Komercyjnie wszystko grało. Żeby dobrze zrozumieć, co się działo po wydaniu Once, trzeba by było przekartkować kalendarz zespołu i zobaczyć, jak pękał w szwach – widać było, że ciągle coś się działo.

Natychmiast po zakończeniu koncertu w Kitee, Nightwish udał się do Niemiec, aby nagrać teledysk do „Wish I had an Angel”, który był lekko wzorowany na grze komputerowej, inspirowanej filmem Alone in the Dark: Wyspa cienia, wyreżyserowanego przez Uwe’a Bolla. Ten mający premierę 28 stycznia 2005 roku mały potworek, wykorzystał „Wish I had an Angel” w swoim soundtracku. Chociaż znalezienie się na ścieżce dźwiękowej kasowego filmu było korzyścią dla zespołu, to jednak dwuznaczny komplement, ponieważ Alone in the Dark nie można raczej nazwać arcydziełem.

– Pomysł wyszedł od Nuclear Blast – mówi Tuomas. – Nie jestem do końca pewny, jaki był związek między wytwórnią płytową i filmową, ale wydaje mi się, że to czysty biznes. Po prostu pozwolili wykorzystać piosenkę w jakimś filmie. Tu chodzi tylko o pieniądze. W trailerze do Hellboy’a wykorzystano piosenkę z drugiej płyty Dimmu Borgir, „Death Cult Armageddon”, która dobrze pasowała do klimatu filmu. Dla podrzędnych filmów akcji jak ten, muzyka metalowa jest strzałem w dziesiątkę.

Reżyser Alone in the Dark, Uwe Boll, został zatrudniony przy produkcji teledysku – właściwie to dwóch teledysków, bo powstały dwie wersje. W jednej widzimy tylko grający zespół, w drugiej zaś dorzucone zostały urywki filmu. Muzycy nie spali zbyt dobrze dzień przed nagraniem, co bardzo dobrze widać w klipie. Nightwish nigdy nie wyglądał tak markotnie.

Podczas gdy grupa pracowała nad drugim teledyskiem z Once, MTV Europe postanowiło przysporzyć im zmartwień. Odmówili puszczania teledysku do „Nemo”, argumentując swoją decyzję tym, że zimowy pejzaż nie jest teraz w „kręgu zainteresowań”. Komentarz Tuomasa odnośnie tej decyzji był nijaki – jeśli stacja nie chce puszczać tego klipu tylko ze względu na śnieg… cóż, w takim razie lepiej niech tego nie robi.

MTV Europe szybko odzyskało zdrowy rozum i zaniechało swojej idiotycznej decyzji szybciej, niż ktokolwiek zdążył powiedzieć „płatek śniegu”, ponieważ Once stało się nie tylko najlepszym albumem Nuclear Blast w Niemczech, ale także najlepiej sprzedającym się krążkiem w Europie w lipcu 2004 roku. Jaki powszechny kanał muzyczny odmówiłby puszczania klipu jednego z najpopularniejszych zespołów na kontynencie? „Nemo” był jednocześnie numerem jeden na liście przebojów, o ironio, MTV Brazil.

W Finlandii Once pokryło się platyną już sześć godzin po wydaniu. Za granicą pojawiały się pozytywne recenzje, a kilka niemieckich magazynów, między innymi Metal Hammer, Metal Heart i Orkus okrzyknęli go albumem miesiąca.

– Nie widziałem ani jednej negatywnej recenzji – mówi Tuomas.

Marco pamięta jedną z zabawnych, zamieszczoną w cotygodniowym dodatku, Nytliite [Dodatek na czasie – przyp. tłum.], do największej fińskiej gazety „Helsingin Sanomat”:

– Bardzo trafnie stwierdza, że na albumie jest tyle Carminy, iż potrzeba Burany [fiński lek przeciwbólowy] po jego przesłuchaniu!

Zadziwiająco, magazyn Soundi był bardziej krytyczny niż wcześniej.

Nightwish zawsze był kapelą łączącą wiele stylów, ale na najnowszym albumie spektrum jest tak ogromne, że aż przerażające.

W podkładzie nadal słychać zgrzytliwe, zabójcze riffy, których perfekcyjnie używała Metallica 20 lat temu, ale są one teraz okraszone krzykliwym power metalem, odniesieniem do typowego popu, nawiązaniami do Karla Jenkinsa Adiemusa, irlandzkimi melodiami folkowymi, klasycznym śpiewem Tarji Turunen, a tym razem również poezją i fletami indiańskiego artysty Johna Two-Hawksa. Cały ten chaos został ukoronowany udziałem londyńskiej orkiestry.

Aranżacje orkiestry i chórów zostały napisane przez Pipa Wiliamsa, znanego z produkowania filmowych ścieżek dźwiękowych i sympatii dla Uriah Heep czy Status Quo.

Niestety londyńska orkiestra nie została wykorzystana w najlepszy możliwy sposób, ponieważ jej partie brzmią tak sztucznie, iż można pomyśleć, że zostały nagrane przy pomocy syntezatora z lat osiemdziesiątych.

Jest dla mnie zagadką, dlaczego twórcy ciężkiego rocka, takiego jak Metallica, mają tendencję do używania orkiestry symfonicznej w stylu Matovaniego, pełnej nijakich, hollywoodzkich orkiestracji. Ta muzyka jest ostra i wściekła, więc dlaczego nie użyć pasujących do niej orkiestracji? Pip Wiliams powinien posłuchać „Scythian Suite” Prokofiewa, „The Rite of Spring” Strawińskiego czy „Kraft” Magnusa Lindberga zamiast lukrować, skądinąd dość zadowalające piosenki, czymś takim.

Z drugiej strony chóry przywodzą na myśl nie tylko Adiemusa, ale również kompozytora filmowego Jerry’ego Goldsmitha, twórcę najbardziej diabolicznych melodii z produkcji Omen.

Co można powiedzieć o całości? Dla mnie Once brzmi kiepsko, jednak wspaniale: czasami absurdalnie, ale zawsze przyjemnie. Kompozycje są dość długie i wielopoziomowe, z wielką pompą i ckliwymi melodiami na zmianę.

Turunen w dalszym ciągu śpiewa z wielką gracją, a dziki Marco Hietala growluje tak, że pewnie na żywo słychać to jeszcze lepiej. Teraz wygląda na to, że przykładowo w takim „Wish I had an Angel”, wokal nie ma wystarczającego wsparcia od muzyki.

Angielskie teksty bezwstydnie plądrują słownik power metalowy („Planet Hell” i „Dead Gardens”), ale najbardziej zaskakującym i wzruszającym momentem – przynajmniej dla fińskiego słuchacza – jest „Kuolema Tekee Taiteilijan”, ballada śpiewana po fińsku, ze skąpą aranżacją, wspaniale kontrastującą z resztą złożonych piosenek.

Once pozostawia swojego słuchacza w dobrym nastroju. W swoim obecnym wcieleni Nightwish jest dużo fajniejszy i bardziej interesujący niż ktokolwiek mógłby się spodziewać, oceniając po ich starych albumach.

VESA SIREN, SOUNDI 5/2004.

Reszta fińskich recenzji była pozytywna, chociaż Inferno teatralnie skrytykowało album.

Po kilku koncertach na rozgrzewkę w Tallinie, w Estoni, Nightwish rozpoczął swoją światową trasę koncertową pod nazwą Touring the World 2004. Zespół zgodził się, że trasa powinna zostać zaplanowana tak, by dla każdego było to wygodne – po kilku tygodniach występów, wrócą na następnych kilka tygodni do domów, aby odpocząć i odzyskać siły. I chociaż wyglądało na to, że trasa rozpoczęła się optymistycznie, a zespół zdawał się osiągać szczyty wspaniałych sukcesów, wcale tak nie było.

– Byliśmy rozpoznawani w każdym miejscu na świecie, ale to nie sprawiło, że problem zniknął – powiedziała Tarja w 2005 roku. – Ogromny sukces wywierał na nas sporą presję. Zaczęły wypływać różne oferty. Ludzie chcieli, aby Nightwish występował w każdym zakątku świata, a w tym momencie ja musiałam trochę zwolnić. Długie trasy koncertowe zagrażają mojemu zdrowiu, nawet jeśli warunki są teraz dużo lepsze niż, na przykład, podczas trasy Wishmaster. Fakty są takie, że ja noszę ze sobą swój instrument przez cały czas. Niestety w pewnym momencie ludzie zaczęli zapominać o pewnych sprawach i nie dbali już to to, na co wszyscy zgodziliśmy się dawno temu. Było to dla mnie bardzo frustrujące. Próbowałam rozmawiać, wysyłałam e-maile, chciałam im powiedzieć, jak się czuję.

Wygląda na to, że pozostali członkowie zespołu zauważyli jedynie, że Tarja izoluje się od nich.

– Wtedy nastała wielka zmiana – wspomina Marco. – Tarja zaczęła się od nas oddalać, chociaż zawsze staraliśmy się żeby miała odpowiednio dużo własnej przestrzeni, by zaczerpnąć świeżego powietrza, napić się wody, mieć ciszę i spokój oraz generalnie oszczędzać swój głos.

Od czasów Wishmastera stało się priorytetem, aby stworzyć dla Tarji środowisko, w którym mogła zmienić ubranie i rozgrzać swój głos w cichym, prywatnym miejscu, wolnym od dymu papierosowego. Marcelo wciąż zajmował się dbaniem o interesy Tarji, a jego kolejnym zadanie stało się zorganizowanie dla niej przebieralni, ponieważ podczas koncertów kilkukrotnie zmieniała ubranie.

Na samym początku trasy koncertowej promującej Once, Tarja miała problemy z głosem. Najpierw porozmawiała o tym z Marco. Ponieważ jest również wokalistą, rozumiał jej sytuację i starał się jej pomóc, jak tylko umiał najlepiej.

– Gdy tylko zaczęliśmy koncertować, Tarja powiedziała mi, że ma problem z dostosowaniem się do sytuacji na występach – wspomina Marco. – Wyglądało na to, że coś dziwnego dzieje się z jej głosem i uważała, że nie brzmi tak, jak powinna. Na lotnisku w Hiszpanii prawie się popłakała. Podczas rozmowy uznaliśmy, że niewiele może na to poradzić – po prostu musi się zrelaksować i śpiewać tak, jak potrafi. Z czasem będzie lepiej. Każdy wokalista wie, że stres może nadwerężyć mięsień, a problem polega na tym, że nie zawsze da się to kontrolować. Tarja stwierdziła, że my nigdy nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jak trudno jest być śpiewaczką, ale ja wiem, że słyszeli, jak o tym mówiłem, więc każdy znał wagę problemu.

– Całkowicie rozumiem to, że styl śpiewania Tarji jest bardziej wymagający od mojego – kontynuuje Marco. – Ale to, czy głos z nami współpracuje, czy nie, zależy tylko od mięśni. Przy każdym innym instrumencie możesz po prostu użyć więcej siły, ale jeśli masz problemy z głosem, nic na to nie poradzisz. Gdy śpiewasz w zespole metalowym, jesteś pod ogromną presją psychiczną i fizyczną, i świetnie rozumiem potrzebę ucieczki od tego. Ale w przypadku Tarji wyglądało to tak, jakby stawiała wokół siebie mur.

Menedżerowie mieli swoje własne problemy. Chociaż King Foo (firma zajmująca się męską częścią zespołu) wszystko zarezerwowała, wyglądało na to, że menedżer Tarji często miał odmienne zdanie na temat cen, czy aranżacji koncertów. Gdy Ewo czy Toni Peiju dostawali ofertę od organizatora, często zdarzało się, że trzeci menedżer próbował wywindować cenę.

W tym czasie zainteresowanie zespołem nie spadało. 8 czerwca 2004 roku, tego samego dnia, gdy Once pokryło się platyną w Finlandii, francuski Metallian Magazine wypuścił specjalne wydanie o Nightwish, które ukazało się także w Belgii, Luksemburgu, Szwajcarii i Kanadzie. Tuomas ledwo miał czas, aby to zauważyć, kiedy otrzymał jeszcze bardziej ekscytujące wieści – jego wielkie marzenie się spełniło i Nightwish w końcu pokazał się w Kaczorze Donaldzie. Siedemdziesiąty numer fińskiej wersji komiksu zawierał ogłoszenie wydania nowego albumu przez „Braci Be z Kitee” na tylnej okładce. Na początku września 2005 roku Tuomas otrzymał zaproszenie od redaktora naczelnego, Jukki Heiskanena, do siedziby magazynu, gdzie mógł zobaczyć jak powstaje fiński Kaczor Donald.

– To było wstrząsające przeżycie – uśmiecha się Tuomas. – Mogłem spotkać się z ludźmi tworzącymi komiks i zobaczyć, gdzie ta magia ma miejsce. Opowiedzieli mi wiele o historii książki, np. czego nie mogli wydrukować ze względu na cenzurę. Spędziłem tam dwie godziny, to było powalające. Widać, że oni wszyscy kochają swoją pracę. Poczułem się, jakbym patrzył w lustro. To są dorośli, rozsądni ludzie, ale gdy tylko ktoś zacznie mówić o Disney’u albo kaczkach, widać iskierki w ich oczach. Od razu poczułem się tam jak w domu. Byliśmy dokładnie na tym samym poziomie. Na końcu poprosili mnie, żebym napisał wstęp do kolejnej, związanej z muzyką kolekcji kaczych opowieści. Oczywiście zgodziłem się!

11 czerwca Nightwish wystąpił podczas pierwszego festiwalu Sauna Open Air w Tampere, w Finlandii. Obecnie jest to druga największa impreza metalowa w Finlandii, ale jej pierwsze wydanie było skupione głównie na występie Nightwish, a sześć tysięcy biletów sprzedało się, zabezpieczając przyszłość eventu.

– Wpadliśmy na pomysł festiwalu na jesieni, po tym jak Nightwish wypuścił swój nowy album – powiedział promotor festiwalu, Jussi Santalahti, w wywiadzie dla gazety Kalajokilaakso. – Wiedzieliśmy, że zespół zagra tylko kilka koncertów w Finlandii, więc zaczęliśmy z nimi negocjować organizację jednego, wielkiego koncertu. Taki był początkowy pomysł, ale później pomyśleliśmy, że można zaprosić też inne kapele, Opłaciło się.

W Niemczech Once pokryło się złotem 23 czerwca, po sprzedaniu stu tysięcy kopii. Chociaż Nuclear Blast zainwestowało ogromne pieniądze w promocję albumu, wykorzystując wszystkie możliwe media od telewizji i kin, do zwracających uwagę plakatów wielkości ściany i drukując pół miliona ulotek, to i tak wszyscy w wytwórni byli zaskoczeni takim sukcesem.

– Cóż za triumf! – Cieszy się Holger Tiefenbach. – Najlepiej sprzedający się album w Europie! Pracowaliśmy cholernie ciężko, żeby tak się stało, ale to wciąż było nie do wiary. Trzeba pamiętać, że poza Finlandią „Nemo” nie był tak często grany, i tylko w kilku krajach ludzie widzieli teledysk. Osiągnięcie przez ten utwór pierwszego miejsca na liście Billboard bez ciągłego grania go w komercyjnych mediach było ogromnym wyczynem. Byliśmy z tego bardzo dumni.

Once zdecydowanie siało spustoszenie w europejskim zestawieniu albumów. Poza Niemcami i Finlandią, krążek osiągnął pierwsze miejsce w Norwegii, Grecji, Słowenii i na Węgrzech. W Szwajcarii i Austrii uplasował się na czwartym miejscu, a we Francji na dziewiątym. Do lipca pokrył się złotem w Szwajcarii i Norwegii. Był to pierwszy album fińskiej kapeli, który zajął tak wysoką pozycję w europejskim zestawieniu Billboard top 100.

Po jakimś czasie koncertowania po Europie, Tarja zaczęła insynuować, że zespół nie przejmował się uszczerbkiem w jej głosie. Marco wierzy, że ten pomysł został jej podsunięty.

– Czasami było widać, że Tarja naprawdę dobrze się bawi – mówi Marco. – Ludzie się wygłupiali, ona się śmiała i była zadowolona, więc zdecydowanie były interakcje między nami. Ale stopniowo zaczęła popadać w, jak ja to nazywam, „paranoję pokoju hotelowego”. Czytając między wierszami, brzmiało to tak: „Oni nie dbają o to, czy zrujnują mój głos”.

Zarzuty Tarji wydają się niezrozumiałe.

– To po prostu nie ma sensu – kontynuuje Marco. – Oczywiście chcielibyśmy, żeby grupa trzymała się razem. Każdy miał swoje własne brzmienie, talent który wciąż odkrywał. Ale w tej sytuacji coś było nie tak. Tarja bała się z nami rozmawiać, a podczas gdy się od nas odgradzała, przestrzeń między nami rosła. Wyglądało to tak, jakby się przed nami ukrywała, a gdy jej mąż zaczął dbać o jej interesy, zaczęła mieć te wszystkie materialistyczne pomysły. No wiesz, gdy powiedziała, że już dalej tak nie może, zaczęła mówić o pieniądzach.

Diagnoza postawiona przez Marco mogłaby być też nazwana odmianą klaustrofobii.

– Jeśli wszystko, co robisz, to gapienie się w ściany pokoju hotelowego i twarz jednego faceta, to nic dziwnego, że dostajesz klaustrofobii. Byłoby dość łatwo wywołać u takiej osoby nieufność wobec nas. Każdy, kto był kiedyś w związku, wie jak łatwo jest uwierzyć w czyjeś insynuacje, nawet jeśli ta osoba nie mówi nic wprost. Wystarczą pewne spojrzenia i gesty, aby utwierdzić cię w przekonaniu, że ta osoba wie lepiej, co dla ciebie jest dobre, a reszta to tylko nieroby, podejmujące głupie decyzje. Nie musisz nawet być bezpośredni, możesz tylko dyskretnie dać do zrozumienia, że nie lubisz jej przyjaciół, no wiesz, pokazać swoją wartość, poprzez umniejszanie innych. Gdy jesteś w związku tak bliskim jak małżeństwo i chcesz by on przetrwał, to musisz po prostu ufać swojemu partnerowi. Inaczej stracisz wiarę w małżeństwo.

Marco widzi wyraźnie, gdzie wszystko poszło nie tak.

– Po prostu było zbyt wielu pośredników. Dlatego to bagno wciągało nas coraz głębiej. Tarja tylko to pogarszała, bo nie miała odwagi mówić otwarcie o swoich problemach. Z chłopakami dużo na ten temat rozmawialiśmy, ale ciężko jest prowadzić dyskusję z kimś, kto nie jest obecny, kto odgradza się od reszty i nie bierze udziału w spotkaniach.

Gdy rozmowa z Marco nie była już odpowiednim wyjściem, Tarja zaczęła szukać pomocy poza zespołem. W wywiadzie dla tabloidu muzycznego Rumba zdradziła że przyjmuje pomoc od rumuńskiego uzdrowiciela wiary, Ovidio Buciscanu, którego spotkała podczas trasy koncertowej Century Child. Według Rumby, Ovidio – albo „Drzwi”, jak nazywał go Ewo [„ovi” to po fińsku „drzwi”] – jest bardzo niezwykłym człowiekiem, posiadającym mistyczną moc.

– Ostatnio, gdy graliśmy na festiwalu Ruisrock, nie byłam w stanie mówić dzień przed koncertem – powiedziała Rumbie Tarja. – Ten człowiek powiedział mi, że gdybym kiedykolwiek potrzebowała pomocy, powinnam się z nim skontaktować. Więc zebrałam się na odwagę i wysłałam mu SMS-a. Odpisał, że powinnam położyć się w łóżku i zgiąć ręce – pokazał mi tę pozycję, gdy się spotkaliśmy – spróbować się uspokoić i myśleć pozytywnie. Po pięciu minutach poczułam w sobie jego energię. Wyczułam, jak zastrzyk energii wchodzi przez moje palce i dłonie, a następnie rozchodzi się po całym ciele. Ogarnęły mnie zimne dreszcze i zaczęłam płakać. W całym moim życiu nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam.

– Wszystko trwało przez jakieś pięćdziesiąt minut. Nie byłam nieprzytomna, ani nic w tym stylu, ale nie mogłam się poruszać. Marcelo patrzył na mnie, jakby się zastanawiał: „Boże, co jest z tą kobietą!”. Powolutku moje ręce zaczęły się unosić w ten sposób – mówi Tarja, unosząc ręce – i zostały w tej pozycji. To było szalone uczucie. Nagle moje ręce opadły – bum! – i poczułam, że jestem całkiem wykończona. Rezultat? Następnego dnia byłam w stanie śpiewać – odzyskałam głos! Jest lekarzem, który leczył mnie homeopatycznie, a to naprawdę bardzo mi pomogło.

Rumuńskie leczenie na odległość zdecydowanie przyniosło Tarji ulgę, a poświęcenie lekarza uwolniło ją od stresu, który manifestował się poprzez jej głos.

– Problemy z głosem wynikały ze stresu i presji – wyjaśnia Tarja.

Wyglądało na to, ze jak długo Tarja odczuwa dobroczynne efekty wiary w działanie mocy jej uzdrowiciela na jej ciało i umysł, nie było powodu by kwestionować jego metody.

– Przyznaję, że jestem ufną osobą, ale jeśli chodzi o wiarę w rzeczy nadprzyrodzone pozostaję sceptyczna. Jednak jeśli coś takiego przytrafia mi się osobiście, to musi być prawdziwe.

Reszta zespołu podchodziła do uzdrowiciela bardziej sceptycznie.

– Ta rumuńska para zaprzyjaźniła się z Tarją i Marcelo, a znachor udawał, że ją leczy – mówi Emppu. – Możliwe, że koleś się w niej zakochał, bo słyszałem jak mówił komuś, że Tarja należy do niego.

Według Jukki, wiara Tarji w rumuńskiego „szarlatana” była objawem jej łatwowierności.

– W jej oczach była ta sama naiwność, którą wykazywała względem Marcelo.

Tarja żałowała później, że była taka ufna, ale wydawało się, że nie ma powodu jeszcze wątpić w zdolności lekarza – poza tym każda pomoc w jej problemach z głosem była mile widziana.

Latem Marcelo i Tarji udało się zrujnować szansę na występ na wielkim festiwalu w Austrii, gdzie Nightwish miał szansę zagrać przed Metalliką dla pięćdziesięciu tysięcy ludzi. Once nie pokryło się jeszcze złotem w Austrii, więc zespół miał grać na drugiej scenie, gdzie nie płacono aż tak dużo, ale, rozsądnie rzecz biorąc i patrząc na sprzedaż ich płyty, nie mogli prosić o nic więcej. Organizator imprezy lubił Nightwish i chciał im wyświadczyć przysługę, więc po jakimś czasie zaproponował im, żeby zagrali na dużej scenie. Marcelo to nie pasowało. Według niego występ na dużej scenie powinien się wiązać z większym zarobkiem, skończyło się na tym, że Nightwish wcale nie pojawił się  na festiwalu. Organizator tak się wkurzył, że groził odwołaniem ich koncertu w klubie, który również organizował, na szczęście King Foo udało się go uspokoić i październikowy koncert klubowy się odbył.

Podczas gdy menedżerowie sprzeczali się o pieniądze i umowy, zespół relaksował się na swój własny sposób.

– Był taki okres podczas trasy Once, gdy po prostu nam odbiło  – mówi Jukka. – Mamy takie niepisane prawo, że jeśli czyjeś wybryki generują dodatkowe wydatki, to ta osoba za nie płaci. Możesz niszczyć co chcesz, tak długo jak ponosisz za to konsekwencje. Myślę, że to wynika ze zmęczenia trasą, a do tego viagra i wpływy Mötley Crüe – przynajmniej w przypadku Tero. Już jakiś czas byliśmy w drodze, a taka trasa koncertowa robi coś z twoim mózgiem. Jak nie chcesz zwariować, to musisz się czymś zająć.

– Tak samo jest z ludźmi, którzy siedzą długo w więzieniu – opisuje Tuomas. – Zaczynasz szukać bodźców w najróżniejszych rzeczach i miejscach. Gdy jesteś gwiazdą rocka, możesz zrobić prawie wszystko. Szaleństwo jest nawet wskazane, trzeba tylko wiedzieć, gdzie jest granica. Nie wolno krzywdzić innych.

Dobrym przykładem takich wygłupów jest sytuacja, która miała miejsce w Bradford w Wielkiej Brytanii, w lipcu, kiedy kilka telewizorów w niezadowalającym hotelu poleciało prosto do elektronicznego nieba. Gdy telewizor w pokoju Marco odmówił współpracy, ten postanowił zakończyć jego cierpienia, a wkrótce po tym telewizor perkusisty również został poddany eutanazji. Hotel obciążył kapelę kosztami obu urządzeń, chociaż przyznali, że mogą naprawić jeden z nich.

– Powinni to potraktować jako opinię klientów – komentuje Jukka.

Na początku sierpnia Once pokryło się już podwójną platyną w Finlandii, a King Foo zakończyło negocjacje w sprawie wydania albumu w Ameryce Północnej. Zespół podpisał kontrakt z Roadrunner Records, dużym metalowym niezależnym wydawnictwem, które miało na koncie milionową sprzedaż płyt takich zespołów, jak Nickelback czy Slipknot. Roadrunner miał być również odpowiedzialny za wydanie albumu w Kanadzie, Australii i Nowej Zelandii. Według Mike’a Gittera z działu artystycznego zadecydowało o tym czyste piękno Once.

– To był wspaniały album, którego nie dało się zignorować – mówi Gitter. – Osiągnął symfoniczny poziom, do którego rock czy metal jeszcze nigdy się nie zbliżył. Na początku miażdżące „Dark Chest of Wonders”. „Nemo” jest niezapomnianym kawałkiem. „Romanticide” to jak piosenka Metalliki, tylko lepsza, niż cokolwiek, co udało im się stworzyć. Skupiłem się na tej kapeli po telefonie od ich amerykańskiego agenta, Johna Finberga, który widział ich w Finlandii i był nimi oczarowany – zarówno samym zespołem, jak i ich międzynarodowym biznesem. Bazując na mocy Once oraz tym, co udało im się osiągnąć poza Stanami, byłem przekonany. Album spisał się świetnie, a Nightwish ma pełne wsparcie od Roadrunnera.

Gitter zaprzecza, jakoby sukces Evanescence miał cokolwiek wspólnego z podpisanie kontraktu z Nightwish.

– Jedyne, co łączy te dwa zespoły, to żeński wokal, Nightwish jest dużo bardziej przebojowy i ambitny. Oczywiście myśleliśmy o tym, że „Nemo” może zrobić dużo szumu w radiu, tak jak „Bring Me To Life”, ale mierzymy Nightwish ich własną miarą. Czuliśmy, że mogą wiele zdziałać w USA. Mieli solidne zaplecze i wydali świetny album. Dzięki „Nemo” mieliśmy nadzieję na taki sam sukces w Stanach, jak w Europie.

Solowa kariera Tarji odświeżyła się w sierpniu, gdy pojawiła się ona gościnnie jako wokalistka na singlu Martina Kesici, zwycięzcy niemieckiego konkursu German Star Search. Piosenka „Leaving You For Me” ukazała się w styczniu na singlu w różnych formatach, jak również na jego drugiej płycie So What…?! Emkay2. Nagrano również teledysk w Rosala Viking Centre, niedaleko Hanko w Finlandii.

Pod koniec sierpnia Nightwish rozpoczął swoją pierwszą trasę koncertową po Ameryce. Warunki były dość surowe w porównaniu do dobrego traktowania i wypełnionej po brzegi widowni, do której przywykli koncertując po Europie – w Stanach byli tylko kapelą klubową. Trasa miała rozpocząć się w Toronto, w Kanadzie, ale, jak się okazało trzymiesięczne wyprzedzenie to za mało dla władz Stanów – pierwsze trzy koncerty musiały zostać odwołane, ponieważ Nightwish nie otrzymał swoich wiz na czas. Trasa w końcu rozpoczęła się 20 sierpnia w Palladium w Worcester, Massachusetts, przed widownią liczącą tysiąc czterysta osób. I chociaż miejsca, w których grali nie były ogromne, to od początku było jasne, że są tam mile widziani. Amerykańska widownia była tak samo przejęta ich występami jak europejska, a zespół zagrał szereg świetnych koncertów.

John Finberg wysłał zabawny fax do lokalnego promotora, by ułatwić mu rozpoznanie Finów. Opisywał tam Ewo: „To wysoki jegomość o długich blond włosach, nie da się go z nikim pomylić. Proszę dostarczyć im  tyle alkoholu, ile zdołają wypić, a wiedz, że jeszcze nie widziałem, żeby ktoś tyle pił.” Z Worcester karawana udała się do Minneapolis, Colorado, Arizony, by w końcu dotrzeć do Californii.

Po drodze było wiele rzeczy, które trzeba było zobaczyć i doświadczyć. Mieszkańcy Worcester mogli zapamiętać pewnego basistę, który zataczał się w swoim urodzinowym kostiumie na hotelowym parkingu. Oprócz oglądania tysiąca mil autostrady, pięciu świetnie wyszkolonych kierowców zaoferowało Finom fascynujące wrażenia. Zobaczyli Rezerwat Indian, a w klubie nocnym BB King w Nowym Jorku wpadli na Afroamerykanina imieniem Tim, który okazał się być ochroniarzem rockowej knajpy Nosturi w Helsinkach. Mężczyzna mówił biegle po fińsku, więc został z kapelą przez cały dzień, by ich wspierać. Wieczorem spostrzegawczy facet zapytał chłopaków, czy Marcelo jest zazdrosny o Tarję, bo nie pozwala jej na żaden kontakt z kolegami z zespołu poza sceną.

Grupa odwiedziła również miejsca, które w najlepszym wypadku były przygnębiające, a w najgorszym przerażające. W Cleveland była tylko jedna łazienka i żadnych pryszniców, więc autobus stał się doraźnym zapleczem. W Denver warunki również nie były luksusowe, ale kilka osób z sześciusetosobowej widowni rzuciło na scenę kwiaty dla Tarji. Między Phoenix a Anaheim, będący na granicy udaru słonecznego kierowca zasnął za kierownicą. „Dziadek Don”, który był już na emeryturze, obudził się w momencie, gdy boczne lusterko zahaczył o bok nadjeżdżającej z naprzeciwka ciężarówki. Niewiele brakowało, by kierowca zabił cały zespół – oczywiście z wyjątkiem Tarji, która dłuższe trasy pokonywała razem z Marcelo samolotem.

Mimo to wszyscy dotarli do Californii cali i zdrowi, a podczas pierwszego wolnego dnia Tuomas udał się oczywiście do Disneylandu. Właściwie koncert w Anaheim był spełnieniem jego marzeń, bo grupa występowała prawie w Disneylandzie, ziemskim domu Kaczora Donalda i innych mieszkańców Kaczogrodu.

Ewo nie wyciągnął żadnych wniosków na temat nadmiernego opalania się w Panamie. Po bardzo długiej sesji na dachu hotelu w zachodnim Hollywood, Ewo i Peiju byli czerwoni jak homary, a pod koniec trasy schodziła im skóra. W House of Blues, w Hollywood, krótkie notatki Johna Finberga do promotorów po raz kolejny wywołały rozbawienie: dostawca cateringowy przeczytał, że skoro duży europejski zespół nie koncertuje w Stanach dla pieniędzy, powinni zamiast kanapek dostarczyć im więcej gorzały!

Nikt nie chciał ryzykować kolejnej przejażdżki autobusem Dziadka Dona, więc cała grupa poleciała samolotem z Los Angeles do Seattle, gdzie występ w kolejnym niszczejącym miejscu wieńczył ich trasę.

Przygoda jednak się nie skończyła, bo podczas lotu nad Atlantykiem Tuomasa dopadły nagłe skurcze żołądka. Wszyscy bali się, że to zapalenie wyrostka. Na szczęście na pokładzie był lekarz, który podał Tuomasowi morfinę i umożliwił dotarcie do Kopenhagi. Tuomas i Ewo zdecydowali, że na wszelki wypadek pojadą tam do szpitala, ale ból brzucha okazał się tylko symptomem paskudnego zatrucia pokarmowego. Później, tego samego dnia, oboje wrócili do domu, do Finlandii.

Chociaż dla Tarji oddzielne podróżowanie wydawało się całkowicie zrozumiałe ze względów praktycznych, Gitter z Roadrunner zauważył jej oddzielenie od zespołu.

– Tarja była bardzo miła, ale też w pewien sposób zdystansowana. Podczas trasy były momenty, gdy zachowywała się, jakby naprawdę była członkiem zespołu, ale czasami zdawało się, że nie ma między nimi żadnego połączenia.

Once zostało wydane w Stanach 5 października, kiedy ich pierwsza amerykańska trasa już się zakończyła. Roadrunner i promotor John Finberg uznali, że sukces trasy był wystarczający, by zacząć już planować kolejną, mającą się odbyć na wiosnę 2005 roku.

Po powrocie do Finlandi, zespół otrzymał kolejną dobrą wiadomość: Once pokryło się platyną w Niemczech, po sprzedaży dwustu tysięcy kopii. Przed wyruszeniem w fińsko-skandynawską część trasy, Ewo skontaktował się z norweską twórczynią komiksów, Lise Myhre, znaną z popularnej kreskówki o dziewczynce-gotce, „Nemi” i zapytał, czy byłaby zainteresowana narysowaniem plakatu koncertowego dla Nightwish. Tuomas i Ewo myśleli, że Myhre narysuje coś w podobnym stylu do „Nemi”, ale otrzymali zupełnie inną pracę. Członkowie zespołu byli tak zawiedzeni swoimi portretami, że odrzucili projekt, a plakat został szybko zrobiony przez Juho Juntunena – złotą rączkę fińskiej muzyki rockowej; dziennikarza, tatuażystę, autora książek HIM – który zaproponował plakat z dziką sową, w bardzo charakterystycznym dla niego stylu.

Myhre zemściła się, wplatając historię o Nightwish w jeden z odcinków „Nemi” kilka miesięcy później. Nemi rozmawia tam z przyjaciółką o swojej randce z chłopakiem, który posiada album Nightwish, na co ta odpowiada, że lepiej od razu zastrzelić tego głupka. Wygląda na to, że Myhre w dalszym ciągu nie zakopała toporu wojennego, bo nie zezwoliła na przedrukowanie komiksu w Finlandii.

Przed pierwszym fińskim występem w Tampere, sklepy w całej Finlandii zostały zaopatrzone w  piwo Nightwish, a na towarzyszącej występowi konferencji prasowej Tarja dała do zrozumienia mediom, że również świetnie się bawiła na amerykańskiej trasie.

– Byliśmy bardzo zaskoczeni – powiedziała. – Mieliśmy oczy szeroko otwarte, jak sowa, to było pozytywne doświadczenie. W tym kraju mają dużo rap-metalu, a muzyka w radiu nie sprawia, że coś się czuje. My, z drugiej strony, posiadamy wiele uczuć, które chcemy przekazać. I dokładnie to zrobiliśmy. Wszędzie wspaniale nas witano.

Podczas pierwszego tygodnia po wprowadzeniu produktu na większy rynek, browar Nokia Brewery sprzedał pięćdziesiąt cztery tysiące butelek piwa Nightwish.

– Niemcy byli kompletnie zaskoczeni, nie mogli uwierzyć, że zespół może mieć swoje własne piwo – śmieje się Ewo. – Nuclear Blast chciał zamówić całą ciężarówkę tego trunku!

Grupie obiecano pewien udział w zyskach od sprzedaży, a nawet spokojny i wyluzowany Marco był zachwycony, że zespół dotarł do punktu, w którym ma darmowe piwo i jeszcze im płacą za picie go.

We wrześniu Tarja ujawniła swoją stronę internetową, a trasa Touring the World 2004 zabrała zespół do Niemiec, Austrii i Szwajcarii. W przedsprzedaży poszło ponad pięćdziesiąt tysięcy biletów, a na pierwszym występie w Hamburgu, w Niemczech, grupa otrzymała „Złoty Bilet” – specjalną nagrodę, równoważną Złotej Płycie – od niemieckich, szwajcarskich i austriackich agentów. Na Węgrzech Tuomas ujawnił fińskiej gazecie popołudniowej Iltalehti, że ma już tytuł następnej płyty Nightwish i nawet napisał na nią teksty do dwóch piosenek, ale jest jeszcze tak dużo czasu, zanim ją wydadzą, że nie ma sensu jeszcze o tym rozmawiać. 20 września zaczęła się sprzedaż biletów na pierwszy w historii fiński koncert Nightwish na arenie. Po jednym dniu biletów już nie było.

18 października 2004 roku Drakkar Records wypuścił w Niemczech kompilację Tales from the Elvenpath.

– Przygotował to nasz sztab – mówi Boggi Kopec. – Nie mogliśmy przy tym współpracować z zespołem, bo wcale nie podobał im się pomysł wypuszczania kompilacji „największe przeboje”. Podpisali też kontrakt z Nuclear Blast, co bardzo nas zasmuciło. Na początku byliśmy wkurzeni, ale później cieszyliśmy się, że Blast odwala dla nich świetną robotę. Mieli swój pierwszy singiel z prawdziwym hitem i udało im się dotrzeć do młodzieży poprzez pokazywanie się w takich programach jak Top of the Pops. To są bardzo ważne rzeczy.

– Gdy wpadłem na pomysł wydania kompilacji, zadzwoniłem do Tuomasa, opowiedziałem mu co i jak planuję zrobić, na co on odparł tylko: „tak, tak, tak”. Mimo to wiem, że to mu się nie spodobało, tak samo jak niektórym zawziętym fanom – wywiązała się dyskusja na forum Nikhtwish o tym, jak to Drakkar chce tylko zarabiać pieniądze na zespole, wiesz takie bla bla bla. Wiele osób myślało, że kompilacja nie odniesie takiego sukcesu, ale ja byłem pewny, że się sprzeda. Czas na to był doskonały, bo wydaliśmy ją zaraz po wyprzedanej trasie grupy. Myślałem, że sprzedamy pewnie pięćdziesiąt, siedemdziesiąt tysięcy kopii, ale jak do tej pory sprzedało się już sto tysięcy. To był pierwszy raz, gdy reklamowaliśmy się na RTL [niemiecki kanał telewizyjny – przyp. aut.], co było bardzo drogie, ale oglądają go miliony ludzi, więc było warto.

Według Tuomasa żaden z członków zespołu nie był zachwycony kompilacją, ale zdecydowano, że nie ma sensu tego rozgrzebywać.

– Wybór piosenek był bardzo dobry, ale okładka paskudna i cały pomysł wydawania kompilacji z najlepszymi hitami w tym czasie był głupi. Z drugiej strony zawsze trzeba patrzeć na wszystko z różnych perspektyw – gdybym to ja był na miejscu Boggi’ego, zrobiłbym pewnie dokładnie to samo. Pomyśl tylko: ciężko pracowałeś, żeby wypromować zespół w Europie, włożyłeś w to dużo wysiłku i pieniędzy, a grupa nagle opuszcza wytwórnię i Nuclear Blast zbiera laury. Oczywiście to może cię wkurzyć i normalne, że chcesz zarobić, wypuszczając kompilację. Wytwórnia robi to, co musi, a grupa przyjmuje to tak, jak powinna. Myślę, że musieliśmy mu na to pozwolić – Drakkar mimo wszystko odwalił dla nas kawał dobrej roboty.

Gdy zespół koncertował w Europie, cały fiński naród wydawał się popadać w zachwyt nad blaskiem Tarji. Pod koniec października gazeta popołudniowa Iltalehti wybrała piosenkarkę jako najbardziej stylową kobietę w Finlandii.

– Wokalistka Nightwish, Tarja Turunen, osiągnęła perfekcję w swoim gotyckim stylu. Nigdy nie przyłapano jej na noszeniu falbaniastych pasteli, faworyzuje intensywne kolory i spektakularne kroje, które pasują do muzyki i jej wyglądu po królewsku, styl Tarji zachwyca nawet tych, którzy nie lubią Nightwish. Jak pamiętamy, czytelnicy Iltalehti bezsprzecznie wybrali ją królową przyjęcia z okazji Dnia Niepodległości.

W między czasie Marco wziął udział w nagrywaniu świątecznej heavymetalowej kompilacji Raskasta joulua [Ciężkie święta przyp. tłum.] w przerwie między koncertami.

– Gitarzysta Erkka Korhonen stworzył metalowe wersje kilku fińskich kolęd, a Minni Kumpuvuori z King Foo zaprosił mnie do udziału w projekcie. Zgodziłem się, więc musiałem wybrać jeden lub dwa pasujące klasyki i wskazać dzień, kiedy mógłbym je nagrać, biorąc pod uwagę całe to zamieszanie. W końcu zaśpiewałem dwie piosenki – „Enkeli taivaan” [„Jam z niebios zszedł”] i „Varpunen jouluaamuna” [„Wróbel w świąteczny poranek”].

W listopadzie Nightwish odwiedził Rumunię, państwo rzadko wymieniane na trasowych koszulkach znanych zespołów. Zostali powitani tak entuzjastycznie, ze wielu członków zespołu opisuje rumuński koncert jako najmilsze wspomnienie z całej trasy Once.

Na początku grudnia Once zostało wybrane przez fińskie radia YleX oraz Radio City Albumem Roku 2004. W listopadzie i październiku trasa była kontynuowana w Ameryce Południowej, a zespół miał zagrać na stadionie piłkarskim po raz pierwszy w swojej karierze, co dowodziło, jak niewiarygodnie popularny był na tym kontynencie Nightwish. Jednak koncert został zrównoważony przez fakt, że zespołowi grożono utratą życia zaraz przed koncertem w Quito, w Ekwadorze.

– Ktoś wysłał nam e-maila, w którym groził nam śmiercią – wspomina Jukka. – Ja nie dostałem maila, ale reszta zespołu tak. Słyszałem, że były tam wspomniane nasze loty i hotele, więc ktokolwiek to był, z pewnością zapoznał się z tematem. Prawdopodobnie to był tylko jakiś chory żart. Cradle of Filth mieli tam grać miesiąc przed nami i też odwołali koncert w ostatniej chwili z nieznanego powodu. Publiczność już tam była, ale tylko spokojnie ich poinformowano, że koncert został odwołany. Tłum zdemolował cały stadion. Najdziwniejsza plotka głosi, że Cradle of Filth nie dotarli nawet do Ekwadoru, tylko zostali w jakimś innym kraju i się tam upijają. Inna teoria spiskowa mówiła o groźbach śmierci, które otrzymali i zdecydowali się nie grać.

– W Ekwadorze nasz sprzęt składał się z lokalnego asortymentu – kontynuuje Jukka. – Próba zmuszenia wszystkiego do działania była koszmarem, a nasza próba dźwięku przesunęła się o godzinę. Wtedy zobaczyliśmy małą, czerwoną kropkę na klatce piersiowej Tero. Dostaliśmy groźby, a teraz wyglądało na to, że ktoś ma nas na laserowym celowniku. I znaleźliśmy się w tym punkcie, zastanawiając się, czy mamy powiedzieć reszcie, czy nie i czy chcemy odwołać koncert i wszcząć tym samym zamieszki. Oczywiście musisz brać takie rzeczy na poważnie, ale nawet przez chwilę nie myśleliśmy o odwołaniu koncertu. Internet jest jaki jest – jest tylu idiotów, którzy nie myślą o efektach swoich działań i słów – ale my na pewno nie będziemy odwoływać koncertów z powodu tych kretynów.

Później okazało się, że Cradle of Filth faktycznie zdecydowali się zostać w Kolumbii i pić, ale powodem zmiany planów nie były groźby śmierci, tylko zwykłe trudności w przelocie: przylecieli do Quito na czas tylko po to, by dowiedzieć się, że lotnisko jest zamknięte z powodu konserwacji, a samolot musiał lecieć do Cali w Kolumbii. Grupie nie udało się zorganizować kolejnego lotu do Quito aż do kolejnej nocy, a wtedy było już za późno, by zagrać koncert. Wygląda na to, że promotor ekwadorskiego koncertu nie dał rady poinformować ludzi o jego odwołaniu, zanim tłum zebrał się już na arenie.

Nightwish doświadczył też strasznych chwil w Rio de Janeiro, ponieważ promotor postanowił zwiększyć swoje zyski, sprzedając bilety większej widowni, niż sala mogła pomieścić. Klub Canecão był przystosowany do widowni składającej się z dwóch tysięcy pięciuset osób, ale na koncert sprzedano trzy tysiące pięćset biletów. Barierka przed sceną pękła pod naporem szalejącej publiki, jeszcze zanim występ się rozpoczął i musiano ją naprawić. Koncert się opóźnił.

Na zapleczu Tuomas był przerażony sytuacją.

– Nigdy nie bałem się przed koncertem tak, jak w Rio. Tam było za dużo ludzi, wszyscy rozhisteryzowani. Mimo to, Brazylijczycy to moja ulubiona widownia, bo są bardzo entuzjastyczni i bawią się jakby jutra miało nie być. To prawda, że promotorzy biorą rozplanowanie może być czasami za bardzo na luzie, ale ta atmosfera jest warta każdego poświęcenia.

Czując się jak u siebie w domu, Marcelo zajął się większością spraw podczas południowoamerykańskiej trasy. Inaczej niż w Europie, to on organizował tournée i był również odpowiedzialny za większość codziennych planów.

– Marcelo zażądał, żeby cały harmonogram był gotowy miesiąc wcześniej – mówi Toni Peiju. – Mimo to, wciąż znajdowaliśmy pod naszymi hotelowymi drzwiami około 23:15, notatki o tym, że o 10 rano następnego dnia będzie wywiad, a Tuomas powinien być na dole o 9:30. Chłopaki imprezowali i oczywiście nic nie wiedzieli o tych nowych planach. Ewo powiedział Marcelo, żeby ten się odpierdolił – Tuomas, ani nikt inny, nie będzie tam na czas, więc dobranoc. Ciągle błądziliśmy w ciemnościach, bo nie otrzymywaliśmy żadnych informacji. A Tarja narzekała, że byliśmy bezużyteczni – jak mogliśmy się do czegoś przydać, skoro nikt nawet nie raczył nam powiedzieć, jakimi liniami lotniczymi będziemy podróżować następnego dnia!

– W Kolumbii wybrałem się na zakupy z Tarją i Marcelo – mówi Tuomas. – Byliśmy w taksówce tylko we czwórkę, licząc kierowcę. Z jakiegoś powodu byłem wściekły i siedząc tam zacząłem głośno myśleć, dlaczego Tarja zawsze mówiła, że nie będzie robić trzech występów dzień po dniu, a teraz nagle mamy trzy koncerty w Argentynie i Brazylii, jeden za drugim. Właściwie to te daty doprowadzały Tarję do białej gorączki i musieliśmy przenieść występ w São Paolo. Wtedy Tarja wybuchła: „Właśnie! Dokładnie! Zapytaj o to Toniego i Ewo!”. Wyglądało na to, że ta sytuacja jej się nawet podoba. Powiedziałem jej, że właściwie to jej mąż zajmuje się wszystkim podczas tej trasy. Kolejny raz wyglądało na to, że ktoś tu jest niedoinformowany.

Peiju kręci głową i wzdycha.

– Marcelo zapytał mnie i Ewo, czy zagranie trzech koncertów pod rząd jest w porządku. Powiedziałem mu, że jeśli Tarja się na to zgadza, to my też. Nie ma problemu. Następnie Tarja obwinia nas o zaplanowanie trzech występów dzień po dniu.

Dla Tuomasa sytuacja była ekstremalnie trudna.

– Czuję ogromne rozczarowanie i niedowierzanie w to, jak wszystko się rozwija – powiedział kiedyś Tuomas. – Odkąd pojawił się Marcelo, wszystko stało się trudne i przerażające. Właściwie czułem, że wszystko idzie w dobrym kierunku podczas europejskiej części trasy jesienią. Jakby nie było wcale tak źle, jak myśleliśmy. Ale od południowoamerykańskiej trasy w grudniu, mieliśmy przed sobą ogromną katastrofę.

Zespołowi kończyły się pomysły na rozwiązanie problemu. Sytuacja wydawała się beznadziejna.

 


Tłumaczenie: Evi