Za kulisami „Imaginaerum”: wywiad z Anette i Tuomasem po latach

30 listopada 2011 roku Nightwish wydał jeden ze swoich najambitniejszych albumów. Pełne rozmachu Imaginaerum podkreśliło zdolności kompozytorskie Tuomasa Holopainena, ale też udowodniło niedowiarkom, że wokalnego talentu nie jest też pozbawiona Anette Olzon. Album szybko powędrował na szczyty list rockowych przebojów w Finlandii czy Wielkiej Brytanii. I chociaż wówczas nikt się tego nie domyślał, był to także ostatni album Nightwish z Anette jako wokalistką.

W internetowym fragmencie ekskluzywnego wywiadu dla Metal Hammer, który został przeprowadzony do specjalnego 225. wydania, Tuomas i Anette opowiadają o pomysłach, które stoją za powstaniem Imaginaerum i o tym, dlaczego więcej znaczy lepiej.

Koncept, wokół którego powstało Imaginaerum, polega na tym, że stary człowiek wspomina, jak był muzykiem. Czy jest w tym coś autobiograficznego? Czy chcesz powiedzieć, że ostatnie piętnaście lat wydaje się być trzydziestoma?

[z rozbawieniem] Nie. Wyjaśnijmy sobie tu kilka rzeczy. Album nie jest w żadnym stopniu autobiograficzny. A koncept nie ma ze mną nic wspólnego. To nawet nie był mój pomysł.

Wyjaśnij, proszę…?

Dobrze. W 2007 roku zacząłem się zastanawiać, co moglibyśmy później zrobić. I miałem taki pomysł, by połączyć film z albumem: napisałbym może 12 czy 13 piosenek i nagralibyśmy do nich wszystkich film krótkometrażowy. Miało to być wydanie dwupłytowe: dysk audio zawierałby piosenki, a drugi byłby DVD z filmem. Taki był zaczątek tej idei. Miało tam nie być profesjonalnych aktorów, dialogów czy fabuły – tylko wideo z muzyką z piosenek.

Przedstawiłem więc mój pomysł Stobe’owi Harju, reżyserowi teledysku do The Islander. Powiedział, że to jest świetne, dodając, że nikt wcześniej niczego takiego nie zrobił. Ale on poszedł jeszcze o krok dalej. Zasugerował, żebyśmy zrobili z tego pełnometrażowy film fabularny, który połączyłby te wszystkie piosenki, tworząc na nich podstawie scenariusz. I nie chcę tu sobie przypisać za to zasług: w stu procentach to był pomysł Stobe’a, by całość spinała postać starego człowieka, który wspomina całe swoje życie.

Imaginaerum jest chyba najbardziej odważną rzeczą, na jaką zdecydował się Nightwish. Czy zdarzały się momenty, kiedy myślałeś, że wzięliście na siebie więcej, niż byliście w stanie unieść?

Wydaje mi się, że trochę tak było, ale to wydawała się dla nas naturalna kolej rzeczy. Dark Passion Play było takie wielkie, ambitne i wszechstronne, że miało się wrażenie, że już nic nie pozostało do zrobienia. Więc przetrząsnąłem swój mózg w poszukiwaniu czegoś, co pociągnie nas w innym kierunku.

Brzmi to tak, jakbyś ciągle szukał czegoś większego i bardziej spektakularnego, niż to, co było. Jakby dla Nightwish najważniejsze było przełamywanie własnych barier – przenoszenie się na coraz wyższe poziomy wielkości – pod każdym względem, za każdym razem – czyż nie?

[ciepło] Podoba mi się twój dobór słów. Tu nie chodzi o to, by starać się za każdym razem tworzyć coś większego i większego. Ważne jest, by stawiać sobie wyzwania. Jaki jest sens w robieniu tej samej rzeczy po raz drugi? Lubię innowacyjność. W zespole jest dużo ambicji. Muzyka rockowa ma taką bogatą historię – a my kochamy być pierwsi w robieniu czegoś wyjątkowego. Ten film na wiele sposobów ukazuje szaleństwo i z dokładnie tego powodu, to było dla nas też świetne do zrobienia.

Fiński rząd zgodził się dofinansować 365 tysięcy funtów do budżetu filmu, który wyniósł 2,3 miliona, co pomogło zmóc się z ciężarem finansowym. Ale gdyby miał odnieść kasową porażkę, to byłaby ogromna suma pieniędzy zespołu, która poszłaby na straty…

Wiem. Ale na szczęście udało nam się zgromadzić trochę pieniędzy przez ostatnie 10 czy 12 lat. Nawet jeśli pieniądze nam się nie zwrócą, nadal będziemy w stanie zatrzymać swoje domy. To jest oczywiście duże ryzyko i wielka inwestycja. Co do mnie, to, cóż… Włożyłem wszystko, co mam, w ten film. Firma zespołu też bardzo zainwestowała.

Czy wszyscy w zespole się zgodzili? To była jednomyśla decyzja?

Na początku nie była. Ale gdy pozostali członkowie zespołu usłyszeli ostatecznie zmiksowane dema muzyki i zobaczyli streszczenie scenariusza, a także kilka przykładowych obrazów, jak ma wyglądać film, powiedzieli: „To będzie fajne. Chcemy brać w tym udział.”

Dopracowałeś treść piosenek, by stały się bazą do spójnego filmu. I teraz to jest historia starego mężczyzny na łożu śmierci, któremu przypomina się dziecięce marzenie o tym, by nigdy nie dorosnąć i walka ze starzeniem się poprzez wyobraźnię.

To była dla nas decydująca kwestia, by film i album mogły funkcjonować jako odrębne jednostki. Muszą być w stanie działać oddzielnie i nadal mieć sens. Film i album nie mają tak wiele wspólnego. Oczywiście jest kilka podobieństw, ale jest też wiele różnic. Film jest o sile wyobraźni i pamięci, ale też o niesamowitych rzeczach, których jest w stanie dokonać bezwarunkowa miłość.

Wszystko to nie jest wielkim zaskoczeniem. Ostatecznie muzyka zespołu zawsze miała filmowe brzmienie i ty wiele razy mówiłeś o swoich nadziejach, by napisać kiedyś, po Nightwish, ścieżkę dźwiękową do filmu?

W pewien sposób, połączenie filmu z muzyką metalową jest zupełnie naturalne. To jest logiczna kolej rzeczy dla Nightwish.

Ty sam uwielbiasz klasyczne kino Walta Disney’a.

[z entuzjazmem] Tak, bardzo! Jest coś wyjątkowego w emocjonalnej sile tych filmów, która jest taka przyciągająca. Możesz je oglądać raz za razem i nigdy się nie nudzić.

Cytowałeś surrealistycznego malarza Salvadora Dalego, legendę soundtracków Ennio Morriconego i Tima Burtona, którego dziwaczne produkcje, jak Edward Nożycoręki, Alicja w Krainie Czarów i Charlie w Fabryce Czekolady, zawierają innych osobistych bohaterów. Co podziwiasz w ludziach? Jak oni na ciebie wpływają?

Lubię ich szaloną kreatywność. To się też odbiło na albumie, są momenty, kiedy można to usłyszeć. To trochę, troszkę szalone. To właśnie kocham. I ważne jest, by potrafić śmiać się z samego siebie.

Powszechny odbiór Nightwish niekoniecznie pokrywa się z prawdą.

Tak. Spotykam naprawdę mnóstwo ludzi, którzy myślą, że my robimy wszystko na poważnie. Kiedy jednak spędzą z nami trochę czasu, zauważają, że to nie jest prawda. Okej, nasze piosenki są pełne przemyśleń, a część z nich mówi o dość poważnych sprawach, jak śmierć czy miłość, ale śmiejemy się z siebie przez cały czas. No dajcie spokój, to tylko muzyka…

Czy zespół pojawia się w filmie?

Pojawiamy się w małych rolach cameo. Gramy jako zespół w dwóch scenach. Ja sam gram też rólkę 47-letniego Thomasa, ale bardzo nam zależało, byśmy nie pojawiali się w filmie za wiele. Żadne z nas nie wie, jak grać, więc powiedziałem reżyserowi: tak mało, jak to tylko możliwe”

Jako przedpremierowy odsłuch Imaginaerum, który odbył się ku korzyści londyńskich mediów, twórca orkiestracji na albumie, Pip Williams, opisał album jako arcydzieło Tuomasa”. Zgadzasz się, że jest on głębszy i może nieco mniej przystępny niż Dark Passion Play?

Naprawdę ciężko mi powiedzieć, ale możesz mieć rację.

Czy więc przeszkadza ci, jeśli nie ma piosenki tak szybkiej czy skrajnie komercyjnej, jak na poprzednim albumie, Bye Bye Beautiful czy Amaranth?

Tuomas: Ani trochę, ponieważ takie spostrzeżenie przychodzi tylko zaraz po pierwszym przesłuchaniu. Ja jestem bardzo zadowolony z albumu. Nie będę powtarzał tego banału: och, to najlepszy album, jaki stworzył mój zespół! – ponieważ na tym etapie wciąż nie wiem, czy to prawda. To zdecydowanie najbardziej teatralny krążek, jaki stworzyliśmy. Niektórzy mogą powiedzieć, że potrzeba kilka razy więcej go przesłuchać, żeby dać się przekonać. Dla mnie to zawsze dobry znak. Ostatecznie część najbardziej zadowalających płyt w historii potrzebuje trochę czasu na zaznajomienie się z nimi.

Anette: Bardzo, bardzo lubię Imaginaerum – nawet bardziej niż Dark Passion Play. Kiedy pojechaliśmy do Niemiec na pierwszą sesję odsłuchiwania albumu, pomyślałam: Jakim cudem ktoś będzie w stanie napisać coś o albumie tak potężnym już po pierwszym przesłuchaniu? Oczywiście, są tam melodie, ale też wiele się dzieje. To coś, czego trzeba doświadczyć ze słuchawkami na uszach, by to w pełni docenić. I odtworzyć więcej niż raz.

Możesz opowiedzieć o roli Pipa Williamsa? Pracuje z zespołem od trzech albumów, nagrywając chóry i orkiestry, pomagając udoskonalić partytury. Dlaczego ten Anglik jest tak ważny dla muzyki Nightwish?

Chóry i orkiestry stały się tak znaczącą częścią Nightwish. Nie jestem pewien, czy moglibyśmy jeszcze kiedykolwiek stworzyć album ich pozbawiony. Cóż, pewnie byśmy mogli, ale naprawdę lubimy ich używać. Od 2004 roku poznaliśmy Pipa Williamsa już dość dobrze i on naprawdę rozumie, o co nam chodzi. Rozumie, co mam na myśli i świetnie się dogadujemy. Nie potrafię sobie wyobrazić kogoś innego na miejscu Pipa. Odwala kawał dobrej roboty, a chemia jest świetna.

Czy może, na pewien sposób, Pip stał się zbyt nieoceniony? Na przykład, gdy Nightwish puszcza podczas koncertów nagrania chórów i orkiestr, by wzmocnić ciężkość i dramatyzm niektórych piosenek. Niektórzy krytycy nazywają to oszukiwaniem, z braku lepszego słowa, ponieważ nie wszystko jest grane przez zespół.

Cóż, właściwie nie rozumiem, dlaczego zespół musiałby grać wszystko. Przychodzisz na koncert i chcesz doświadczyć czegoś poważnego i emocjonującego. Chcesz czegoś, co zabrzmi tak niesamowicie, jak tylko może być, czyż nie? Kiedy ja idę na koncert, jako widz, a nie muzyk, nie interesuje mnie, czy każda nuta jest wykonana zupełnie na żywo.

Lecz są ludzie, którzy tego chcą…

Wiem, wiem. Ale o to mi chodzi. Widziałem na żywo Rammstein i oni używają wiele nagranych efektów w formie tła, tak samo jak wielkie gwiazdy, takie jak Madonna czy Britney Spears. Zupełnie mi to nie przeszkadza. Najważniejsza jest całościowa atmosfera występu. I podkreślam, chodzi mi wyłącznie o wzmocnienie tego, co robi Nightwish. Na scenie jest nas pięcioro i gramy zupełnie na żywo – na wszystkich instrumentach i wokalnie.

Więc chodzi po prostu o to, by sprawić, żeby doświadczenie dźwiękowe było najlepsze, jakie tylko może być?

Dokładnie, to by już nie było to samo bez nagrań. Wiemy to, ponieważ próbowaliśmy. Są tak istotną częścią naszego brzmienia, że nie możemy ich porzucić. No i oczywiście nie możemy wziąć ze sobą w trasę prawdziwej orkiestry czy chóru, to zbyt drogie.

Czy jakaś mała część każdego z was pragnie, by nagrać coś prostszego niż Imaginaerum? Nie ułatwiacie sobie szczególnie pracy, czyż nie?

Anette: Właściwie, tak. Jesteśmy świetnym zespołem nawet bez tych filmowych efektów, które Tuomas lubi dodawać. Byłoby naprawdę bardzo fajnie zrobić kiedyś album bardziej akustyczny lub z bardziej czysto rock’n’rollowymi wpływami. To by dowiodło, że nie potrzebujemy tych wszystkich orkiestr i oczywiście byłoby o wiele szybsze w wykonaniu. Przerwa cztero- czy pięcioletnia między albumami jest po prostu zbyt długa.

Źródło: TeamRock.com