Wywiad z Tuomasem [22.12.11]

Co porabiasz ostatnio?

Od dwóch i pół tygodnia jestem w trasie promocyjnej najnowszego albumu, co polega na przesiadywaniu w hotelach i udzielaniu wywiadów. Podobnie wyglądało to w Warszawie, później napiłem się wódki i poszedłem spać.

Piłeś w hotelu czy wyszedłeś w miasto?

Nie wyszedłem poza jego mury. Piłem w hotelu.

Nuda…

Wiem, ale po tych dwóch i pół tygodnia tylko na to wystarczyło mi energii, prócz tego pokój był bardzo miły jak i jego mini-bar. Zupełnie mi to wystarczyło zeszłej nocy.

Zawsze to tak wygląda?

Kiedy jesteś w trakcie takiej podróży, najczęściej przesiadujesz na lotniskach, w hotelach czy lobby…

Gdzie zatem blask muzycznego życia?

No cóż, w trzynaście dni zwiedziłem jedenaście krajów, w związku z powyższym nie miałem czasu na nic ponad hotele i lotniska. Ale zawsze tak to wygląda, więc nie mam się czym przejmować.

Czy podczas tras koncertowych wygląda to podobnie?

Odrobinę, ale podróżujemy wtedy w autobusie, więc jest zabawniej.

Pijecie wódkę w autobusie…

Dokładnie, na tym polega różnica. Teraz piję w hotelach, a wtedy w autobusie.

I wolisz robić to w autobusie?

Uwielbiam autobusy koncertowe! Mam własną koję, rano mogę zrobić kawę i przez okno obserwować zmieniający się krajobraz. Co dodaje odrobinę romantyzmu całej podróży. Poza tym mamy więcej czasu i zawsze można pójść coś pozwiedzać. Kocham takie życie.

Ale macie tylko tyle czasu, by zwiedzić okolicę miejsc w których koncertujecie?

W zasadzie tak, ale zdarzają się wolne dni, które wypełniamy turystyką. Idziemy zjeść coś fajnego i pozwiedzać okolicę.

Czy podczas podróży masz czas, by coś poczytać lub posłuchać muzyki?

Czytam przez cały czas. Kocham książki, jestem od nich uzależniony… Oglądam też filmy. Robię to nie tylko w autobusie, również w domu.

Co przeczytałeś ostatnio?

Uwielbiam powieści fantastyczne ze szczyptą horroru, ale ostatnio czytam „Koniec wiary” Sama Harrisa i to naprawdę dobra powieść o tym, co we współczesnym świecie nie podoba się fundamentalistom oraz pisarzom religijnym.

Czy takie lektury mają wpływ na twoją twórczość?

Jeszcze nie wiem, co z tej wyniknie, ale to bardzo wciągająca i przerażająca lektura.

Kiedy słuchałem waszej najnowszej płyty, doszedłem do wniosku, że teksty są mieszanką horroru z odrobiną bajek. Zgodzisz się z taką opinią?

Jak najbardziej , powiedziałbym nawet, że to bajki z odrobiną horroru. Album opowiada o wyobraźni i sile fantazji, a bajki są wielką ich częścią.

Kto jest odpowiedzialny za teksty?

Ja jestem autorem.

I dajesz je kobiecie, która ma je tylko zaśpiewać?

Ma je zinterpretować w swój sposób, dodać im kobiecego pierwiastka. Nie chcę ich z nią omawiać, chcę aby je przeczytała i zinterpretowała je w taki sposób, w jaki je czuje. Nigdy nie opowiadam wokalistkom, o czym jest dany tekst.

Nie chcesz, żeby zrozumiała?

Ależ oczywiście, że chcę! Ale za tekstem nie kryje się tylko jedna prawda. Na tym polega piękno muzyki oraz poezji – wszystko możesz interpretować na swój sposób.

Powiedz, jak to w końcu było z Tarją, waszą poprzednią wokalistką – odeszła z zespołu czy została wyrzucona?

To było coś pomiędzy… Z nią było tak samo, nigdy za bardzo nie zagłębialiśmy się w tekst. Oczywiście, wyjaśniałem o co mi chodziło w linijce, której nie rozumiała, ale zawsze chciałem, by były owiane mgiełką tajemnicy.

Słyszałeś solową płytę Tarji?

Tak naprawdę nie… Nie sądzę, byśmy się sobą obecnie zbytnio interesowali. Wszystko jest przeszłością i to dość drażliwy temat, dlatego nikt z nas nie chce komentować dokonań drugiej strony, gdyż mogłoby to być opatrznie zrozumiane.

Jak sobie radzi Anette Olzon, jej następczyni?

Świetnie. Jeśli porównasz jej poczynania wokalne z poprzedniej płyty „Dark Passion Play” do „Imaginaerum” zauważysz, że wzniosła się na kompletnie nowy poziom. To jedna z podstawowych różnic, które rzucają się w oczy kiedy słuchasz najnowszego albumu, że coś się stało z Anette i jej głosem! Wiąże się to z poczuciem pewności siebie oraz zrelaksowaniem. Powiedziała mi, że kiedy nagrywała wokale na pierwszą płytę, cały czas była przerażona, że zostanie wyrzucona z zespołu, albo że fani jej nie zaakceptują. Dlatego była odrobinę wycofana i nie osiągnęła szczytu swoich możliwości. Ale tym razem, gdy nagrywaliśmy jej partie w lecie, dała z siebie wszystko, była całkowicie zrelaksowana i pewna, śmiała się przez cały czas, co dodało płycie luzu.

Ile czasu zajmuje ci napisanie tekstów oraz muzyki na album Nightwish?

Tym razem nad całością pracowałem trzy lata, później dziewięć i pół miesiąca nagrywaliśmy w studiu, czyli był to długi proces.

Jestem ciekaw, jak w twoim przypadku wygląda proces tworzenia?

Jestem klawiszowcem, więc od tego zaczynam, ale często sięgam po gitarę, bo wtedy łatwiej jest mi tworzyć riffy. Jednak klawiatura pomaga mi malować melodie, tworzyć obrazy powstające w mojej głowie. Wtedy powstaje melodia, nie wiem skąd się bierze… To najczęściej zadawane pytanie, na które nie znam odpowiedzi.

Wtedy dopisujesz teksty?

Najpierw pojawia się pomysł, o czym ma opowiadać utwór, później powstaje muzyka, a na końcu piszę tekst. Zawsze tak to wygląda. Przez całe życie piszę pamiętnik, w którym zapisuję obserwacje na temat życia. Piękno i ohydę świata. Notuję myśli, które później mnie inspirują.

Płytę otwiera utwór zaśpiewany po fińsku, czyli „Taikatalvi”. Co to znaczy?

Dokładne tłumaczenie brzmi „Magiczna zima”. To tytuł księgi Muminków, mojej ukochanej powieści, którą przeczytałem ze dwadzieścia razy będąc dzieckiem. I chciałem jej w ten sposób złożyć hołd. Natomiast nie mam zielonego pojęcia, co to słowo znaczy. Wydawało mi się jednak dobrym pomysłem takie szokowe rozpoczęcie albumu. Wszyscy będą się zastanawiali: „Co to, kurna, jest?!”

Po co to tykanie na końcu utworu „Slow, Love, Slow”?

(po chwili zastanowienia) To czas. Dajmy miłości czas – taka jest symbolika utworu. Ale, jak już mówiłem, nie chcę tego wyjaśniać, by każdy mógł znaleźć własną interpretację. Lecz to tykanie nie jest tam bez przyczyny… Musiałbyś przeczytać tekst, by znaleźć wyjaśnienie. To tykanie zwalnia pod koniec, co też ma ukryte znaczenie…

Na finiszu życie spowalnia?

(śmiech) Tak, całkiem nieźle!

Czyje głosy słyszymy na końcu „Song Of Myself”?

Ta część utworu nosi tytuł „Miłość” i chcieliśmy w niej zebrać wszystkich naszych najbliższych. Każdy z nas miał wybrać dwie lub trzy osoby, które chciałby unieśmiertelnić za sprawą tego albumu. Daliśmy im do przeczytania słowa, zdania lub kilka linijek tekstu. Występują tam w sumie 23 osoby, recytujące wiersz i są to ukochani członków zespołu, jak mama, tata, chłopak, dziewczyna, dzieci, najlepsi przyjaciele…

Kim są ci, których ty wybrałeś?

Nie chcę się w to w tej chwili zagłębiać, ale są to, obecnie, trzy najważniejsze osoby w moim życiu.

Czyli nie chcesz rozmawiać o swoim życiu prywatnym?

Nie, naprawdę nie chcę.

Zawsze jesteś taki… ukryty za kurtyną?

Lubię mówić o muzyce i tym podobnych, ale wszystko, co dotyczy życia prywatnego, chcę zachować w tajemnicy, ponieważ nie ma to z Nightwish nic wspólnego. I zawsze stawiam tę kwestię jasno. To kwestie prywatne, które należą tylko do mnie.

Dlaczego wybrałeś klawisze? Zaczęło się od fortepianu?

Kiedy miałem sześć lat mama skierowała mnie na lekcje fortepianu, co było naturalną drogą, ponieważ uczyła gry na tym instrumencie. Nie była moją nauczycielką, ale tak się zaczęło. Od siódmego roku życia grałem również na klarnecie, ale nie dotknąłem go przez ostatnie 15 lat.

Dlaczego?

Nie wiem, chyba z niego wyrosłem. Przez dziewięć i pół miesiąca grałem na nim w orkiestrze wojskowej, a później gdy skończyło się wojsko, liczyły się tylko klawisze. Może trochę szkoda, ale z drugiej strony klarnet nigdy mi nie podchodził.

Czyli nie zmuszano cię do fortepianu?

Absolutnie nie, to była moja decyzja.

Ale od dziecka słyszałeś fortepian w domu.

Tak, ludzie przychodzili uczyć się do naszego domu. To przyszło naturalnie, podobało mi się jego brzmienie.

A dlaczego nie wybrałeś muzyki klasycznej?

Wybrałem, do 18. roku życia w rodzinnym mieście uczyłem się w szkole muzycznej, ale gdy miałem 16 lat kumple namówili mnie, bym przyłączył się do rockowego składu i to mi się spodobało. Gra z innymi dawała o wiele więcej możliwości, niż samotne ćwiczenie muzyki klasycznej.

Jak doszło do powstania Nightwish?

W szkole średniej grałem w trzech różnych zespołach, ale byłem tylko kimś w rodzaju muzyka sesyjnego. Nie mogłem samodzielnie tworzyć, a zawsze mnie to pociągało – proces twórczy, pisanie własnych kompozycji. W sierpniu 1996 roku postanowiłem założyć własny zespół i tak narodził się Nightwish.

I wymyśliłeś sobie, że powinna śpiewać kobieta?

Tak, bardzo mi się podobały wokalistki w zespołach metalowych, jak w The Gathering czy Theatre Of Tragedy, tego typu zespołach. Pociągała mnie atmosfera takiego grania. To było takie inne, takie fajne, że chciałem tworzyć podobne rzeczy. Dlatego miałem odjazd na wokalistkę w zespole.

I Tarja była pierwsza?

Tak.

Jak ją znalazłeś?

Chodziliśmy do jednej szkoły, graliśmy razem w zespole jazzowym. Wiedziałem, że jest fajna i zaprosiliśmy ją do składu.

A jak później znaleźliście Anette? Daliście ogłoszenie do prasy?

Ogłosiliśmy otwarty konkurs na oficjalnej stronie internetowej zespołu. Przyszły 22 tysiące demówek z całego świata! Przesłuchaliśmy wszystkie, a część dziewczyn, te najbardziej obiecujące, zaprosiliśmy na przesłuchania. Po mniej więcej półtora roku wybraliśmy ją.

Skąd pochodzi?

Ze Szwecji.

Były też Polki?

Jasne, nie pamiętam ile, bo zgłosiły się do nas dziewczęta z 70. czy 80. krajów. Z około dziesięcioma spotkaliśmy się osobiście, żeby porozmawiać, pograć, wypić, sprawdzić czy pasujemy do siebie.

Co takiego miała Anette, czego nie miały pozostałe?

Mocno stąpała po ziemi, miała świetny głos, pasowała nam. Zaufaliśmy instynktowi i wszyscy na nią zagłosowali.

Przeniosła się do Finlandii?

Mieszka w Szwecji. Myślała o przenosinach, ale ma teraz roczne dziecko i to trochę komplikowało sprawę. Ale generalnie to nie problem, dzieli nas godzina lotu samolotem.