Wywiad z Tuomasem [15.12.11]

Kiedy dokoła kryzys, trzeba zaciskać pasa, oszczędzać cukier i mąkę, gromadzić zapasy paliwa, człowiek ma ochotę czasami uciec od tej ascezy o zaszaleć w trybie „sky’s the limit”. W takiej sytuacji nie ma nic lepszego niż nowy album Nightwish „Imaginaerum”. Siódmy album finów to dzieło do przesady bogate, skomponowane, zaaranżowane i nagrane z bizantyjskim rozmachem. Tu żadnego kryzysu nie ma! Wręcz przeciwnie, wydaje się że siódemka to szczęśliwa liczba dla tej kapeli i że właśnie nagrali swoją najlepszą płytę. Tuomas Holopainen odpowiada na pytania na piętnastym piętrze jednego z warszawskich hoteli i zasłużoną dumą patrzy na wszystko z góry

Tuomas, na waszej nowej płycie jest chyba wszystko. Metal, pop, klasyka, muzyka filmowa, kabaret, nawet jazz…

Zapomniałeś o folku (śmiech). Tak, to prawda ten album to przejażdżka na muzycznym rollercoasterze, pełno tu gatunków i zmieniają się co chwila. Cel tego wszystkiego to pokazanie wielu różnych barw i emocji jakie czekają na nas w życiu, w różnych jego odsłonach. Kiedy zaczynałem pisać materiał miałem w głowie dwanaście różnych historii i chciałem każdą z nich w odpowiedni sposób „namalować” dźwiękami. Jedna z tych historii działa się w barze jazzowym w latach trzydziestych w Stanach, to wymagało dokładnie takiej oprawy. Tak to wyglądało ze wszystkimi kompozycjami, wymyślałem małe filmy w swojej głowie a potem zamykałem je w formie piosenek i tak powstał cały album.

O ile dobrze się domyślam to raczej nie jest zbiór różnych, pojedynczych filmów, ale raczej jeden duży scenariusz w którym centralnym miejscem jest to tajemnicze Imaginaerum

Trochę tak. Wszystko było wymyślone bardzo precyzyjnie na poziomie samej opowieści i rzeczywiście był pomysł całego filmu. A Imaginaerum to zlepek słów „sanitarium” i „imagination”. Saniatarium to miejsce gdzie idzie się leczyć psychikę, wymyśliłem więc Imaginareum jako miejsce gdzie leczy się chorą wyobraźnię.

Historia jest opowiadana z perspektywy starszego człowieka, która patrzy wstecz na swoje życie i wspomina najważniejsze wydarzenia…

W filmie tak miało być, ale piosenki nie są de facto opowieścią o jednym życiu, jednego człowieka. To zbiór połączonych ze sobą historii, ale mogących również egzystować rozdzielnie. Nie chciałem dopuścić do sytuacji, kiedy słuchacze nie mogą zrozumieć sensu piosenek bez znajomości filmu. Tym bardziej, że nie było pewne czy w ogóle powstanie. Jednak w oryginalnym scenariuszu bohaterem jest stary człowiek leżący na łożu śmierci. Cały czas wspomina, śni i rozważa swoje życie, wciąż rozmyśla nad potęgą wyobraźni i nad tym jaki ma wpływ na ludzki życie. Coś w klimacie filmów Tima Burtona.

Muzyka na waszym nowym albumie brzmi bardzo bogato. Dużo ludzi pracowało żeby osiągnąć ten efekt?

Niedorzecznie dużo (śmiech). To naprawdę ogromna produkcja, zespół to zaledwie pięć osób, potem dochodzą aranżer i dyrygent, pięćdziesiąt trzy osoby z dużej orkiestry, dwadzieścia sześć osób z mniejszej orkiestry, trzydzieści dwie osoby z chóru, dwadzieścioro dzieci z chóru dziecięcego i cała gromada różnych muzyków grających na najdziwniejszych perkusjonaliach, trąbach, rurach i innych nieznanych mi przedmiotach. Jest jeszcze część teatralna, mówiona, w niej pojawiło się dwudziestu trzech aktorów. Jak doliczymy do tego obsługę techniczną to daje nam jakieś kilkaset osób…

Nie oszczędzaliście…

Nie (śmiech). Ale, może to dziwnie zabrzmi, udało nam się i tak zmieścić w budżecie mniejszym niż przy Dark Passion Play. To dlatego, że tamten materiał nagrywaliśmy w studiach Abbey Road i to kosztowało majątek. Tym razem wszystko udało się nagrać o połowę taniej. Więc jednak trochę zaoszczędziliśmy (śmiech). Ale prawdą jest, że wszystko i tak kosztowało fortunę.

Z czym mieliście największe problemy w trakcie nagrywania?

W trakcie nagrywania nie było problemów. Raczej wcześniej kiedy staraliśmy się stworzyć coś niezwykłego i pozyskać finanse na realizację i płyty i filmu. Były chwile załamania, ale udało się i teraz już jesteśmy spokojni.

A co słychać u Anette? Ona też już jest spokojniejsza? Zadomowiła się na dobre w zespole?

Myślę, że to nawet słychać na płycie. Kiedy przyszła na pierwsze próby i zaczęła śpiewa, to wszystkim nam zerwało czapki z głów. Była naprawdę pewna siebie, naturalna i wypełniona energią. Widać było, że ten strach który czuła na początku paraliżował ją i nie pozwalał pokazać całego spektrum możliwości. Teraz kiedy już nas lepiej poznała, ma do nas zaufanie i wie że jesteśmy po jej stronie, może się otworzyć i śpiewać tak, jak naprawdę potrafi. Czyli niesamowicie!

Wy do niej też macie zaufanie?

Stuprocentowe. To co słychać na albumie to jej zasługa i wynik naprawdę sumiennej i ciężkiej pracy. Wysyłałem jej nagrania demo do domu, żeby się nauczyła i kiedy przyjechała na próby wszystko miała opanowane w stopniu idealnym, wszystko się zgadzało.

Granie w zespole rockowym, nagrywanie takich płyt jak ta… to jest trochę przedłużenie dzieciństwa? Czujesz się czasem jak chłopiec?

Hm, wiem o co ci chodzi, ale to chyba nie jest cecha wyłącznie mojego zawodu. Każdy może się czuć spełniony w swojej pracy i cieszyć się nią jeżeli naprawdę robi to co chce. Stolarz, piekarz czy listonosz, jeżeli umie marzyć to z pewnością zachowa to dziecko w sobie. Każdy może czytać, pisać, chodzić do kina i żyć we własnym świecie.

Ciekawe jest to, że kiedy słucha się waszej płyty z zamkniętymi oczami to człowiek może łatwo ulec złudzeniu, że właśnie jest w kinie…

I to jest najlepszy komplement jaki mogłeś mi powiedzieć. To był główny cel kiedy zaczynaliśmy pracować nad tą płytą i jak widać misja zakończyła się powodzeniem (śmiech).

Jaki jest sposób na tak niesłabnącą popularność przez tyle lat?

Szczerość i poczucie integracji między zespołem i publicznością. Ludzie wiedzą, że mogą na nas polegać, że zawsze dostaną od Nightwish dokładnie to czego oczekują i że to nie będzie bezduszny produkt, ale muzyka stworzona z pasją i miłością. Myślę, że to wystarczy, żeby utrzymać publiczność jeszcze jakiś czas.