Endless Forms Most Beautiful – Recenzja

Nie wszystko złoto, co się świeci – mówi nam znane przysłowie, lecz czasem złotem jest to, co nie olśniewa od razu. Słowa te można odnieść do najnowszego krążka Nightwish. Na wydawnictwo to czekali nie tylko fani zespołu, ale również ludzie interesujący się muzyką, media, prasa i cała reszta metalowego światka.

To pierwszy album z nową frontmenką Floor Jansen. Jest to niecodzienna sytuacja, iż uznana i popularna wokalistka dołącza do słynnej firmy. Takich przypadków w historii rocka było niewiele. Można tu przykładowo wspomnieć karierę Black Sabbath, przez którego szeregi przewinęły się tuzy znane wcześniej z innych wielkich kapel.

Nightwish stał się w tej chwili prawdziwym dream teamem. Ciężko uwierzyć, że tak silne osobowości jak: Tuomas Holopainen, Marco Hietala, Floor Jansen czy Troy Donockley tworzą jeden organizm. Jeśli popatrzymy na skład zespołu nagrywający pierwsze trzy płyty, to w chwili obecnej pozostało z niego tylko dwóch muzyków. Kolejną zmianą jest fakt, że to pierwsza płyta bez Jukki Nevalainena. Długoletni perkusista kapeli co prawda pozostaje członkiem grupy, lecz musiał zrezygnować z grania, zaś jego miejsce za bębnami zajął Kai Hahto. Nowa wokalistka, nowy perkusista, po raz pierwszy sześcioosobowy skład – sporo zmieniło się w zespole na przestrzeni ostatnich lat. Jednak mimo tych wszystkich personalnych zawirowań, rdzeń grupy pozostał nienaruszony. Lider, założyciel i dusza zespołu Tuomas Holopainen wciąż dowodzi okrętem o nazwie Nightwish. Jak (i czy?) te wszystkie zmiany wpłynęły na muzykę i brzmienie grupy, dowiecie się z dalszej części tekstu.

Jak powstawał nowy krążek? Do pewnego stopnia album został nagrany tradycyjnym sposobem. Wpierw demo stworzone przez Tuomasa w domu, potem wspólne aranżowanie. Następnie wielotygodniowa dłubanina lidera z Pipem Williamsem nad orkiestracjami, aż po tytaniczną pracę nad zmiksowaniem całości w Finnvox Studios. Jednak diabeł tkwi w szczegółach, a mówiąc ściślej w zespołowym wkładzie w materiał.
Mimo że twórcą repertuaru w większości jest Maestro Holopainen, to co do jednego nie ma żadnej wątpliwości, to materiał dużo bardziej zespołowy niż kilka poprzednich krążków. Biorąc jeszcze pod uwagę sposób jego nagrania, czyli wspólne próby całego zespołu w trakcie obozu letniego (razem z wokalistką), można spokojnie postawić tezę, że jest to najbardziej zespołowy album w historii grupy. Nightwish nigdy tak nie pracował. Ani Tarja, ani Anette nie brały udziału w próbach i w procesie aranżowania utworów. Zespołowość od początku była założeniem artystycznym wydawnictwa. To novum przekłada się na brzmienie i feeling płyty. Słuchając krążka słychać wyraźnie, że gra band. Ten organiczny pierwiastek przenika cały album. Udała się sztuka przeniesienia groove’u z sali prób na płytę. Naturalność i rockowy drive są czymś, co na pewno wyróżnia ten album spośród innych pozycji zespołu.

W tym kontekście filmowy model pracy Tuomasa, o którym pisaliśmy przy okazji recenzji poprzedniego albumu, został lekko zmodyfikowany. Kompozycje Nightwish w dalszym ciągu nie powstają na drodze improwizacji czy zespołowego jamowania, ale w głowie lidera grupy. Są one jakby muzyką filmową, soundtrackiem do historii, jaką chce opowiedzieć nam Tuomas. Jednak zostały one tym razem znacznie mocniej niż zwykle przefiltrowane przez cały band, w niezwykle kolektywnym procesie aranżacyjnym i ograniu tych utworów na próbach. W procedurze tej brali udział wszyscy członkowie zespołu, co nadało żywy, rockowy sznyt skomponowanym piosenkom.

Podkreślmy tu absolutnie kluczową sprawę, że sama opowieść i wynikająca z niej kompozycja są wartością nadrzędną. Żaden muzyk nie popisuje się, tylko dlatego, że potrafi zagrać czy zaśpiewać w dany sposób, ale pokornie służy utworowi. Dając piosence to, czego ona potrzebuje i unikając tego, co wypaczy opowieść.

Podstawową kwestią jest odpowiedzenie na poniższe pytania. Czy album kontynuuje wątek podjęty na Imaginaerum, stając się naturalnym sequelem poprzedniej płyty? Czy może stanowi nowe otwarcie?
Na pierwsze z postawionych pytań trzeba dać negatywną odpowiedź. Płyta znacznie się różni od poprzednika, mimo pewnych podobieństw aranżacyjnych ma zupełnie inny wyraz. Mniej filmowo – orkiestralny, za to przesiąknięty bardziej zespołowym, rockowym pierwiastkiem. Natomiast na drugie pytanie należałoby odpowiedzieć: i tak, i nie. W jakimś sensie jest to nowe otwarcie, choćby przez samą obecność nowych członków zespołu na czele z Floor, kilku nowości aranżacyjnych i brzmieniowych oraz niespotykanych wcześniej licznych harmonii wokalnych, które nieraz śpiewa trójka wokalistów naraz. Z drugiej strony Nightwish sięga też do przeszłości i w niektórych miejscach możemy poczuć nawiązania do starszych albumów. Oczywiście przeszłość grupy została przefiltrowana przez to, czym jest obecnie zespół.

Jednego możemy być pewni, że to twórczość autorska, robiona bez żadnej presji wytwórni czy ludzi z zewnątrz. Album, który jest dokładnie taki, jaki czwórka Finów, Brytyjczyk i Holenderka sobie zaplanowali. Dając nam bilet na nową, fascynujacą podróż.

Zanim przejdziemy do bardziej szczegółowych zagadnień, warto zwrócić uwagę na pewną istotną rzecz. Tym razem Nightwish nie wziął udziału w wojnie głośności, tak popularnej obecnie w muzycznym światku. Każdy wykonawca stara się wydać płytę, która już fabrycznie brzmi jak najgłośniej (chodzi o to, żeby na wszelakim sprzęcie od wieży przez laptopa, a na mp3-ójce kończąc, atakowała nas od razu ściana dźwięku). Endless Forms Most Beautiful to wyjątkowo cicho nagrana płyta, na poziomie głośności sprzed 15 lat albo i więcej. Takie staroświeckie podejście świadczy o postawieniu na jakość i tym że zespół pozostawił naszej woli, jak głośno będziemy słuchać album, nie narzucając nam od razu monstrualnej liczby decybeli. Rozwiązanie takie miało na celu zachowanie pewnej dynamiki i niuansów brzmieniowych, które giną przy monotonnie głośnym albumie.

Aranżacje i instrumenty

Po tym rysie ogólnym, zajmijmy się bliżej kwestią aranżacji i użytych brzmień. Z płyty na płytę Nightwish stopniowo zwiększał rolę orkiestry symfonicznej i instrumentów dodatkowych, apogeum tegoż zjawiska mogliśmy usłyszeć na Imaginaerum. Tendencja ta została zastopowana. Nowy album to pierwszy od kilkunastu lat krążek, gdzie zespół obiera inny kierunek. Tuomas i spółka nie starają się po raz kolejny przebić rozmachu poprzedniego wydawnictwa, powiększyć listy gości i liczby dodatkowych instrumentów, lecz kładą nacisk na grę zespołu. Już przy wcześniejszych albumach pojawiały się głosy, że orkiestra i dodatkowe instrumentarium wypierają zespół z przestrzeni muzycznej. Jeśli ktoś obawiał się takiego scenariusza, to po wysłuchania nowego dzieła zespołu powinien odetchnąć z ulgą.

Przy czym zespołowość, charakteryzująca to wydawnictwo, wcale nie oznacza, że na albumie nie ma orkiestry, chórów czy różnych egzotycznych instrumentów. Są one obecne i to w niewiele mniejszej ilości niż na Dark Passion Play i Imaginaerum, ale mimo bogactwa brzmieniowego materiału ogólny akcent został przesunięty w stronę zespołu. Zwiększona została separacja poszczególnych elementów Nightwishowej układanki, a same aranżacje stały się jeszcze bardziej klarowne.

Ten album przywraca gitarze prominentną rolę w muzyce zespołu. Śmiem twierdzić, że obecność gitary nie była tak znacząca w kompozycjach Nightwish od co najmniej kilkunastu lat. Przy czym nie chodzi tu tylko o metalowe riffy, ale mnóstwo różnych bardziej subtelnych, rockowych zagrywek w wielu miejscach oraz liczne dłuższe i krótsze partie solowe. Nierzadko też spotykamy sytuacje, gdzie słyszymy zarówno partie rytmiczne, jak i solówki na pierwszym planie. Gitary jest po prostu więcej w aranżach. Podkreślmy to też, że jej rola nie jest tak jednostajna i nie sprowadza się tylko do grania power akordów, będących nośnikiem orkiestralnego aranżu.

Instrumenty klawiszowe również (od)zyskały bardziej znaczącą rolę. Z tym że niewiele jest klawiszowych brzmień z pierwszych albumów, natomiast bardzo często wykorzystano pianino. To album, gdzie pianino jest niemal wszechobecne. Sytuacja wcześniej niespotykana w kompozycjach zespołu, gdyż ten instrument był stosowany raczej epizodycznie.
Wszelkie wstawki, wtrącenia i solówki na krążku nie należą już większości do skrzypiec, wiolonczel i innych instrumentów klasycznych, jak to bywało na kilku poprzednich krążkach, lecz odpowiedzialni są za nie Emppu i Tuomas.

Osobny akapit to obecność Troya Donockleya, multiinstrumentalisty grupy, który stał się członkiem zespołu pełną gębą. Mimo zapowiedzi lidera zespołu, że rola Troya będzie mniej więcej taka sama jak na Imaginaerum, sympatyczny Brytyjczyk pojawił się w aż dziewięciu utworach (przypomnijmy, że obecność wirtuoza z Kumbrii na dwóch poprzednich lonplayach ograniczała się jedynie do kilku kawałków). Jego wkład na płycie jest zarówno instrumentalny, jak też wokalny. Sumarycznie udział Troya jest co najmniej dwa razy większy niż dotychczas. Na szczęście jego rola stała się też bardziej różnorodna, a zadania zdywersyfikowane. Toteż folkowy pierwiastek nie jest aż tak przytłaczający, jak mogłoby wynikać z albumowej arytmetyki.

Niemniej nie sposób nie zwrócić uwagi, że wpływy folkowe są wyraźnie słyszalne na albumie, może nawet bardziej niż kiedykolwiek. Brytyjczyk obsługuje nie tylko dudy, ale także tin whistle i low whistle, używa irlandzkiego bębenka bodhrán oraz wprowadza na szerszą skalę buzuki w muzykę zespołu. Jednak prawdziwym zaskoczeniem jest użyczenie swego głosu i stanie się de facto trzecim wokalistą w grupie. Przy czym jest to raczej praca przy harmoniach wokalnych niż solowe partie. Troy wielokrotnie wspomaga Floor i Marco w refrenach, w mostku Edema Ruh pełni wręcz wiodącą rolę. Ma swój moment w My Walden, jego wokalizy ubarwiają też The Eyes of Sharbat Gula.

Parę słów odnośnie Kaia Hahto, perkusisty zastępującego Jukkę. Kai nie kombinował tylko zagrał w stylu przypominającym Jukkę albo przynajmniej tak, że gdy Jukka wróci i będzie grał utwory z tej płyty na koncertach, to będzie się czuł z nimi komfortowo. Jak wszyscy muzycy, Kai podporządkował się w pełni kompozycjom. Poza drobną różnicą, jaką jest użycie jednego bębna basowego zamiast dwóch, praca perkusji nie odbiega od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w muzyce Nightwish. Przeciętny słuchacz w ogóle nie odczuje, że ktoś inny siedzi za bębnami.

Skoro zwiększono udział zespołu w utworach, to jaka jest więc rola orkiestry symfonicznej i chórów na nowej płycie? Zajmijmy się najpierw orkiestrą. Orkiestracje zagrane przez londyńskich filharmoników są zbliżone do tych z ostatnich płyt. Wyrafinowane, potężne, wielowarstwowe, ciekawie zaaranżowane, przypominające muzykę filmową. Natomiast ich wykorzystanie w utworach jest inne. Orkiestra nie pojawia się cały czas, ale gdy już ma swoje miejsce w piosence, to zazwyczaj są to bardzo majestatycznie brzmiące, donośne fragmenty. Partie symfoniczne są odpowiednio dozowane. Dlatego album nie popada w przerost formy nad treścią czy nadmierny patos. Jak zwykle dużo jest sekcji dętej. Znikły za to niemal całkowicie pojedyncze partie skrzypiec czy fletów. Sporo też pełnej sekcji smyczkowej i najróżniejszej maści orkiestralnych kotłów. Te ostatnie zostały uzupełnione również o etniczne perkusjonalia (bębny taiko, djembe ). Szczególnie słychać to w albumowym kolosie i poprzedzającym go instrumentalu.

Żeby być dobrze zrozumianym: płyta mniej przypomina soundtrack, a partie orkiestry zostały ograniczone, lecz i tak wydawnictwo ma w sobie tyle symfoniki, że współpraca zespołu i orkiestry symfonicznej może zawstydzić dowolny symphonic metalowy album. Jakimś cudem udało się znowu połączyć ogień z wodą, a orkiestralne przypływy nie zatopiły zespołowego żaru, ubarwiając go tylko tu i ówdzie. Zespolenie zespołu z orkiestrą zrobiono ze smakiem, klasą i wyczuciem.

Osobną sprawą są chóry, których rola jest odrobinę bardziej wyrazista. Objawiają się one w utworach od czasu do czasu, lecz ich pojawienie się jest zazwyczaj dość konkretne. Tyczy się to zarówno chórów mieszanych, jak i wyłącznie męskich (Weak Fantasy), a także dziecięcych. Tuomas postanowił zachować ten rodzaj chóralnych aranżacji, więc chór dziecięcy uaktywnia się na albumie kilkakrotnie.

Wokal

Kwestia wokalu w Nightwish to temat rzeka, od lat trwają niekończące się dyskusje między fanami. Osoba i śpiew wokalistki są często tym, co skupia największą uwagę słuchaczy. Tymczasem głos w muzyce Nightwish jest jednym z instrumentów. Instrumentem mającym bardzo specyficzną i odpowiedzialną rolę, bo odpowiadającym historię, będącym nośnikiem emocji. W tym leży klucz do zrozumienia roli wokalu w muzyce Nightwish. Tuomas nie pisze muzyki w celu popisania się, jak mocno i wysoko jest w stanie zaśpiewać wokalistka (bo gdy potrzeba to w ten sposób zaśpiewa, także na tej płycie). Tylko po to, żeby namalować spójny i przekonujący muzyczny obraz, przekazać nam pewną historię za pomocą słów i dźwięków z użyciem adekwatnych do tego środków. Atutem wokalistki na tym albumie jest jej uniwersalność, to że śpiewa w każdym utworze inaczej i potrafi się dostosować do tego, co wymaga od niej piosenka. Począwszy od delikatnego, eterycznego śpiewu przez bardziej rockowy, a na growlu zakończywszy. Zarówno instrumentaliści jak i sama Floor wspominają w wywiadach, że nagranie partii wokalnych było dla niej prawdziwym wyzwaniem. Kompozycje Tuomasa przetestowały ją w obszarach, w jakie się wcześniej nie zapuszczała. Tyczy się to w szczególności bardziej subtelnego śpiewu i poruszania się w niskich rejestrach.

Jestem przekonany, że gdyby całą płytę Floor zaśpiewała mocno i operowo, to niektórzy mówiliby, że Tuomas wykorzystał potencjał wokalistki (tymczasem właśnie by go nie wykorzystał, a rola Floor byłaby jednowymiarowa). Nie wiem, skąd istnieje przekonanie, że jak ktoś śpiewa cały czas głośno albo operowo to znaczy, że lepiej. Lepiej oznacza w sposób pasujący do utworu, z użyciem adekwatnych środków do przekazania emocji płynących z tekstu. Pomijając już nawet fakt, że głośność wokalu, to kwestia miksu, to Floor gdy trzeba dokłada do pieca. Innym razem jest zmysłowa i delikatna, pamiętając, że w muzyce czasami less is more.
Wokalistka Nightwish zaprezentowała na albumie w zasadzie całe spektrum (rockowy wokal, eteryczny głos, folkowy zaśpiew, operę, growl), dopasowując się całkowicie do konkretnych fragmentów piosenek.

Absolutna rewolucją w kwestii śpiewu na albumie są harmonie wokalne. Nightwish po raz pierwszy ma w składzie trójkę wokalistów, co wykorzystuje szczególnie w refrenach. O ile rola Floor jest bez dwóch zdań pierwszoplanowa, o tyle Marco i Troy mają spory udział w harmoniach wokalnych (niektóre z nich są dość nieoczywiste i nie zawsze stanowią powtórzenie tego, co śpiewa Floor). Marco generalnie ma na albumie mniej partii solowych niż zazwyczaj, za to robi różnego rodzaju chórki i wokalizy gdzieś w tle. Ubarwiające całość harmonie wokalne i przede wszystkim grupowo śpiewane refreny, to rzecz bez precedensu w historii zespołu.

Teksty

Strona liryczna albumu może być początkowo zaskoczeniem, ale gdy bliżej się jej przyjrzymy – już nim nie będzie. Na wstępie rozwiejmy obawy, że to album przesiąknięty nauką, teorią ewolucji itp. Owszem, dzieła Darwina, Sagana czy Dawkinsa były sporą inspiracją i pojawiają się ewidentne odniesienia do ich prac oraz generalnie do nauki (na czele z tytułem albumu, będącym cytatem ze słynnego dzieła Karola Darwina O powstawaniu gatunków).
Ale wszystko to ma wymiar bardziej ludzki, humanistyczny, skąpany w poezji. Jeśli można w jednym zdaniu (co zawsze jest pewnym uproszczeniem) określić, o czym to album. To mottem, które przyświeca płycie, jest pochwała świata oraz życia i tego, że istniejemy.
Nie wszystkie utwory dotykają kwestii ewolucji. „Otwieracz” wyraża też zachwyt nad wszechświatem i przywołuje Goethowskie „Trwaj chwilo, jesteś piękna”. Edema Ruh, Alpenglow czy Élan emanują radością, hasłem carpe diem i Whitmanowską celebracją życia. Jakby nawiązując do wątków z poprzedniej płyty. Edema Ruh to także swego rodzaju utwór autotematyczny, jego tytuł zaczerpnięto z powieści Imię Wiatru Patricka Rothfussa, w której Edema Ruh to wędrowni artyści, którzy niczym Cyganie wędrują po świecie, dając radość ludziom. Nie sposób nie zauważyć analogii z życiem zespołu. Pochwałą (prostego) życia i wolności jest także nawiązujący do poezji Henry’ego Davida Thoreau – My Walden. Odnoszący się do naszych najbliższych Our Decades in the Sun to liryk niezwykle delikatny, intymny, przepełniony emocjami. Za to Weak Fantasy jest policzkiem wymierzonym we wszelkie idee, które są opium dla mas i zabierają wolność człowiekowi.
Bezpośrednio tematu ewolucji i 4,6 miliarda lat rozwoju Ziemi dotyka najdłuższy na płycie The Greatest Show On Earth. Tekst ten przesiąknięty terminami naukowymi, opisuje historię naszego globu oraz stara się zawrzeć w sobie istotę naszej obecności i rolę w tym wielkim, wciąż trwającym przedstawieniu.

Dotykając tematu tekstów nie sposób nie wspomnieć o prawdziwej bombie, czyli udziale Marco Hietali przy pisaniu liryków. Dotyczy to dwóch utworów: Weak Fantasy i Yours Is an Empty Hope. Jest to iście zaskakujące, gdyż do tej pory to lider zespołu odpowiadał za wszystkie słowa piosenek. Myli się jednak ten, kto wyobraża sobie, że Tuomas i Marco razem siedli i napisali te teksty. Wyglądało to następująco: kiedy Marco dostał dema tych numerów, to stworzył kilka zdań, tak aby mu się lepiej śpiewało i żeby oddać klimat muzyczny utworu. Potem gdy Tuomas zabrał się do pisania liryków, spodobały mu się zdania napisane przez Marco i postanowił je wykorzystać, wsadzając część zwrotów basisty w swoje liryki. Stąd mamy podwójne autorstwo.

Warto tutaj przypomnieć, że tematy gdzieś tam orbitujące w rejonach nauki i poszukiwania odpowiedzi na różne pytania egzystencjalne, pojawiały się już wcześniej, choćby w Stargazers, The Pharaoh Sails to Orion czy A Return to the Sea. Ten ostatni antycypował część tematyki z nowej płyty o niemal dwie dekady.

Utwory

Nie jest mym celem dokładne opisywanie kawałków. Pragnę państwu raczej uwypuklić ciekawe momenty w utworach, użyte brzmienia i instrumenty, gdyż nie każdy musi je znać.

1. Shudder Before The Beautiful
Parę słów od profesora Richarda Dawkinsa i wita nas ciężki riff w towarzystwie monumentalnej orkiestracji. Melodia, jaką proponuje ten „duet”, może się kojarzyć momentami z Dark Chest of Wonders. Jednak ten kawałek jest znacznie bardziej rozbudowany i różnorodny. Shudder Before The Beautiful to znakomity opener. Kto wie, czy nie najlepszy w bogatej dyskografii zespołu. Jest w tym kawałku także coś z płyty Once. Wejścia chóralne są za to jednymi z najbardziej wyeksponowanych w całej historii grupy. Zaskakują naprzemienne solówki gitarowo-klawiszowe, będąc czymś, czego dawno nie słyszeliśmy w muzyce Nightwish. Ostatni raz takie harce instrumentalne miały miejsce w okresie Oceanborn/Wishmaster. Sola zachwycają pasją, entuzjazmem i witalnością. Utwór brzmi świeżo, a z drugiej strony jest solidnie osadzony w tradycji zespołu. W końcówce mamy zaangażowany, rockowy wokal Floor. Mówiąc krótko – crème de la crème.

2. Weak Fantasy
To utwór będący niecodzienną hybrydą intensywnego metalu symfonicznego z klimatami folkowymi, a w zasadzie należałoby rzec niemal grecko-cygańskimi. Ponieważ akustyczne zwrotki i mostek zasilane partiami buzuki, mogłyby robić za fragment utworu zespołu z takich kręgów. W tle słyszymy chór męski, utrzymany w duchu gregoriańskich chorałów. Po mostku następuje przełamanie, a wejście Marco należy do jednych z najlepszych na płycie. Zwrócić należy uwagę na interesujące przechodzenie od momentów niemal wyciszeń do fragmentów z bardzo dosadnymi partiami orkiestry. Połączono teoretycznie elementy z odległych światów, ale dzięki temu numer odbiega od metalowej sztampy. Ile znacie symfometalowych kawałków napędzanych buzuki?

3. Élan
To pierwszy przypadek w historii Nightwish, że na singiel został wybrany utwór o folkowym zabarwieniu (prawdopodobnie chodziło o to, żeby niejako przedstawić cały nowy skład). Zatem należałby raczej snuć paralele z Last of the Wilds niż z Amaranth czy Wish I Had an Angel. Początkowa zagrywka grana unisono przez pianino oraz whistle i dudy może znowu nasuwać jakieś skojarzenia ze wstępem do Nemo. Aranżacja gitary jest trochę nietypowa, gdyż nie ma tego charakterystycznego podziału na zupełnie bezgitarową zwrotkę i potem metalowe riffy. W miejsce tego pojawiają się lekko kołyszące, łagodne zagrywki. To bardzo zgrabnie zrobiony, piosenkowy numer. Zdecydowanie wyróżnia się końcówka, z większą werwą oraz licznymi współbrzmieniami i harmoniami wokalnymi Marco i Troya. Całość emanuje tym, o czym jest tekst, czyli: radością, afirmacją życia i możliwościami, które nam ono oferuje.

4. Yours Is an Empty Hope
Symfoniczna introdukcja, a po niej zażarte metallikowe riffy. Tak zaczyna się czwarta kompozycja na albumie. Oparta na pełnym wigoru i energii śpiewie Floor i Marco. W tle kolejna nowość – growle Holenderki. Pierwszy raz w historii Nightwish wokalistka używa tego rodzaju techniki. Orkiestralno – chóralny mostek stanowi znowu pewną reminescencję zeszłorocznej solowej płyty Tuomasa. Jest mocny cios prosto w twarz, jak i momenty objawiające symfoniczny majestat. O dziwo, refren jest mniej chwytliwy od zwrotek, co sprawia, że kawałek posiada najmniej nośny refren na całym albumie (ale też mało oczywisty harmonicznie). Jest to najagresywniejszy utwór na płycie. Może nie czołówka krążka, ale przy odpowiednim nastroju pasuje idealnie.

5. Our Decades In the Sun
Jedyna ballada na albumie i to ballada jak na standardy Nightwish dość eksperymentalna. Wokal Floor rozwija się przez cały utwór: od spokojnego po bardziej głęboki i przejmujący. Numer otwierają mistyczne partie chóru dziecięcego i harfa. Aranżacja niczym sinusoida wchodzi raz w obszary oszczędnych, ilustracyjnych, rozmarzonych brzmień, a raz w strefę archetypicznej ballady rockowej z gitarami akustycznymi (ciekawostka: obsługuje je Marco). Przy wejściu elektryka numer nabiera klasycznych heavy rockowych rysów. Kunsztowna, by nie rzec art rockowa końcówka jest czymś nietypowym i może przypominać momentami okolice muzyki Camel lub Dire Straits z okresu Love Over Gold z delikatnym filmowym posmakiem (co tyczy się też kilku wcześniejszych zagrywek). Warto też zwrócić uwagę na finałowe wokalizy Marco.

6. My Walden
Utwór zaczyna się słowami Troya po celtycku (ich tłumaczenie znajdziecie u nas na stronie). Ten numer to swego rodzaju odpowiedź na I Want My Tears Back z poprzedniego wydawnictwa, ale, o dziwo, tylko do połowy. Przebojowy folk metal żeniący dudy z metalowymi riffami gitar w środku ustępuje miejsca bardziej folkowej końcówce, zmienia się też rytm i tempo piosenki. Podczas gdy do naszych uszu dochodzi dźwięk hardanger fiddle, Troy Donockley lśni w całej drugiej części kawałka, gdzie oprócz whistli i fletów odpowiada też za partie bodhránu, doprawiając na finiszu tę ludową mieszankę ponownie dudami. To jest jego przysłowiowe i dosłowne pięć minut.

7. Endless Forms Most Beautiful
Numer tytułowy rozpoczyna zimmerowskie skrzyżowanie klawiszy z orkiestrą i operowe wokalizy Floor. Kawałek wwierca się mózg wyśmienitą melodią zasadzoną na twardych riffach. Hitowy refren i opowiadający sposób śpiewu Floor sprawiają, że kawałek łatwo zapada w pamięć. W mostku mamy różne chóralno – gitarowe przejścia oraz wstawkę pianina operującego niskimi dźwiękami. Takie lekko progresywne refleksy brzmią dość odświeżająco, choć nie zaburzają przebojowego wyrazu całości. Tekstowo utwór nawiązuje do książki Richarda Dawkinsa The Ancestor’s Tale, która porusza temat jedności istot żywych, spokrewnienia wszystkich ludzi i organizmów wspólnym przodkiem.

8. Edema Ruh
Przygrywka klawiszowa otwierająca utwór od razu wzbudza skojarzenia z rozwiązaniem, które zastosowano na starcie Amaranth. Za to samo brzmienie klawiszy pachnie wręcz niewinnym klimatem z przełomu wieków. To najbardziej przystępny numer na płycie. W zwrotkach zaskakuje dyskretna elektronika. To kolejna nowość aranżacyjna na albumie. Jednak trzeba przyznać, że owa elektronika jest subtelna i nienachalna, przez co udanie komponuje się z resztą utworu. Nie ma tu żadnej pompy czy bombastyczności, tylko swoboda i rockowy dryg. W partiach gitar czuć luz w graniu, dobre wrażenie robią też króciutkie zagrywki w drugiej zwrotce i solówki po niej. Przez moment pojawiają się także instrumenty Troya, jednak pan Donockley ma w tym numerze inną rolę. Jego wstawka wokalna w mostku jest jednym z highlightów kawałka. Jak już wspominałem, jest to utwór autotematyczny, z puszczeniem oka do słuchacza.

9. Alpenglow
Dziewiąty utwór na płycie to niemal instant klasyk. Esencja Nightwish. Cała szóstka oddaje się bezceremonialnej przejażdżce. Mieszają się w zespołowym kotle: gitarowa melodia, która zachwyca swoją chwytliwością, energia, życie, swada, melodyjność, symfoniczne elementy, folkowe wstawki, grupowe refreny – zespół w pigułce. Warto zwrócić uwagę, że na samym końcu orkiestra powtarza gitarowy motyw Emppu. Nightwish w „starym-nowym” stylu, w swej najlepszej odsłonie.

10. The Eyes of Sharbat Gula
Jedyny instrumental na płycie, pod pewnymi względami pasowałby aranżacyjnie i brzmieniowo na Tuomasowego Sknerusa. Tytuł to imię i nazwisko afgańskiej dziewczyny zdobiącej słynną okładkę National Geographic. To hipnotyczny numer z etnicznymi perkusjonaliami i orientalnym wydźwiękiem. Troy wykorzystuje tu też swoje buzuki i robi wokalizy w tle. Nie sposób nie wspomnieć o pianinie i wzniosłych wejściach chóru dziecięcego. Początkowo utwór miał posiadać tekst opowiadający o dzieciach z terenów objętych wojną, ostatecznie pozostał kompozycją instrumentalną. Nocny klimat, stonowane wejścia orkiestry, całość wciąga osjaniczną atmosferą. Wyciszająca kołysanka, acz podszyta nutką niepokoju.

11. The Greatest Show on Earth
Trwający 24 minuty numer wieńczący album to kompozycja pełna rozmachu i niezwykle bogata formalnie. Opus Magnum recenzowanego wydawnictwa. Utwór ten wymaga nie jednego, dwóch, pięciu, ale co najmniej dwudziestu przesłuchań. Gdy zdobędziemy się jednak na ten gargantuiczny wysiłek, to kawałek odsłoni przed nami swe tajemnice. Kolosy na albumach zespołu zazwyczaj były najwspanialszymi utworami. W tym przypadku mamut jest tak inny od reszty, że nie wykluczone, iż nie każdemu podejdzie, a faworytem zostanie któryś z bardziej zwartych utworów (np.Alpenglow). Co nie zmienia faktu, że to dzieło ze wszechmiar wybitne.

Numer trzeba odbierać jako muzyczną ilustrację tekstu i pewną kreację liryczno – muzyczną, mającą zawrzeć w sobie historię ewolucji. Pozornie rzecz może się wydawać mało spójna, ale powrócę jeszcze raz do tego, o czym pisałem wyżej. To pewien pomysł, soundtrack do ewolucji na naszej planecie, a nie popisy muzyków. Bardziej wieloczęściowy muzyczny poemat niż jeden utwór. Trudna to rzecz, lecz przepiękna. Tuomas w wywiadach wspomina, że właściwie kompozycja trwała pierwotnie ponad godzinę, ale zmuszony był ją skondensować, żeby na albumie było jeszcze miejsce na inne utwory.
Czego tu nie ma? Z rogu obfitości wysypują się: symfoniczne, pełne rozmachu wejścia orkiestry, pianino (tak znamienne dla całej płyty), feeryczne pasaże, ciężka gitara, recytacje, instrumenty folkowe Troya, klawisze, filmowe odgłosy zwierząt, ludzi i natury, etniczne perkusjonalia, buzuki.

Bardzo ważny jest też związek muzyki z tekstem. Tę symbiotyczną relację warstwy słownej z kompozycją najlepiej obrazuje fragment od około 14 minuty, przed którym była mowa o rozwoju ludzkości. Ten postęp na przestrzeni wieków jest symbolizowany przez następujące po sobie brzmienia: od akustycznych antycznych melodii, przez chorał gregoriański, następnie barokowy klawesyn, potem westernowa wstawka, a na koniec Enter Sandman Metalliki i nowoczesna elektronika.
Jeśli chodzi o wokal Floor to nomen omen ewoluuje on wraz z kompozycją. Wokalistka zaprezentowała tu niemal wszystko: operę na początku, recytację, normalny wokal, zajadły agresywny głos, bardzo wysokie partie w ostatniej śpiewanej części.
Czysto orkiestralna końcówka, o niemal pomnikowej potędze, może spełniać rolę podobną do medleya Imaginaerum na poprzednim krążku. Choć tym razem mamy jeszcze po niej ambientowy epilog.

Swoje miejsce w utworze ma też oczywiście profesor Richard Dawkins, którego dziełu kompozycja zawdzięcza tytuł. Recytuje on fragmenty swojej książki Rozplatanie tęczy, wersy będące jedną wielką pochwałą życia. Na koniec pojawia się ponadto cytat z Darwina.
Zawrzeć 4.6 miliarda lat rozwoju naszej planety w 24 minutach – to sztuka. Najnowszy epik zespołu broni się przez swą wartość artystyczną. Niewielu twórcom udałby się ten wyczyn, tak by nie popaść w banał, a nader wszystko, żeby to miało w sobie mądrość, sens i przejrzysty przekaz. Chapeau Bas!

Produkcja i podsumowanie

Nie da się ukryć, że nowy longplay Nightwish to wielka produkcja, lecz choć nagrywana w kilku studiach, miksowana przez wiele tygodni, to nie jest „przeprodukowana”. Tym razem bardziej wysunięto w miksie rockowe instrumenty: gitarę, bas i perkusję. Sama partie gitar są cięższe niż na poprzednim albumie, mają też zdecydowanie mniej wygładzone brzmienie. Jeśli chodzi o ostrość i siłę rażenia sześciu strun Emppu, to można zaryzykować tezę, iż to jeden z najmocniejszych krążków zespołu. Również bas ma odrobinę cięższe brzmienie i jest bardziej słyszalny.
Mimo bardzo precyzyjnej konstrukcji i bogactwa brzmieniowego, więcej jest na płycie rockowej naturalności i swobody. Słychać, że to zespół, a nie li wyłącznie projekt Tuomas Holopainena. Jako ciekawostkę można podać, że o ile Once miało sześć ścieżek gitary rytmicznej. Na Imaginaerum zarejestrowano cztery ścieżki, nakładając je na siebie, o tyle nowy album mimo wypełnienia aranżów gitarą, zawiera zaledwie jedną, czasem dwie ścieżki. Wszystko po to, żeby było czuć, że gra żywy band, bez nadmiernych nakładek.
Wokal niemal standardowo nie jest mocno wyeksponowany, raczej jego umiejscowienie przypomina poprzednie krążki. Dodatkowo bardzo liczne harmonie wokalne sprawiają, że dużo jest śpiewu w tle.

Jeśli chodzi klasyfikacje gatunkowe to cały album można określić jako szeroko pojęty metal symfoniczny, choć typowego symphonic metalu tu prawie nie ma. W samych utworach oprócz elementów metalu, pojawiają bardzo liczne naleciałości po prostu rockowe, czasami progresywne. Wyraźne są też wszelkiego rodzaju wpływy folkowe (to jedna z najbardziej folkowych płyt zespołu). Zaznacza swą obecność również spécialité de la maison grupy, czyli elementy filmowo-symfoniczne. Największe ich natężenie możemy zaobserwować w zamykającym album mamucie.
Jeśli ktoś oczekuje standardowego symphonic metalu z rozbuchanymi klawiszami na tle szybkich gitar wraz z operowo śpiewającą wokalistką – to pomylił płyty. Od wielu lat zespół stara się uciekać od typowości, wplatać elementy z innych stylistyk, zaskakiwać w utworach. Sprawić by muzyka wymykała się klasyfikacjom.
W kompozycjach, mimo pozornie uproszczonych aranży, sporo się dzieje i słychać wiele różnych smaczków czy harmonii, które wychodzą przy następnych przesłuchaniach. W utworach nie brakuje też wstawek, zmian i zwrotów. Tę płytę charakteryzuje również znacznie mniej napuszenia, a więcej niewymuszonego rockowego drive’u.

Album został też wydany w wersji instrumentalnej i orkiestralnej. Wszystkim chcącym zgłębić jeszcze bardziej stronę muzyczną wydawnictwa, polecam przesłuchać owe wersje. Mimo że akurat w przypadku tej płyty bardzo dużo do całości wnoszą teksty i wokale.
Pozostaje jeszcze na koniec odpowiedzieć na pytanie: czy album jest lepszy niż Imaginaerum, czy może słabszy? Przede wszystkim inny. Poziom kompozycji jest mniej więcej podobny. Teksty również zachowują wysoki poziom. Może ogólny wyraz przemawia delikatnie za Imaginaerum. Ale też powiedzmy sobie wprost: poprzedni krążek jest przez wielu uważany za najlepszy (albo jeden z dwóch najlepszych) w historii grupy. Poprzeczka była zatem postawiona niezwykle wysoko.
Endless Forms Most Beautiful to po prostu bardzo dobra płyta. Tylko i aż. Oczekiwania na zamianę muzycznej wody w wino, rozmnożenie chleba na pustyni i chodzenie po wodzie pozostawmy tam, gdzie ich miejsce – na kartach ksiąg. Rzeczywistość Anno Domini 2015 jest taka, że Nightwish wydał znakomitą płytę. Pamiętając o tym, że najważniejsze to nie zatracić własnej tożsamości. Jest to bardzo ważny album w historii kapeli, gdyż krążek ten zawrócił zespół z obranej wiele lat temu ścieżki. Po kilkunastu latach ciągłego zwiększania symfoniczności i liczby instrumentów, grupa zmodyfikowała swoje podejście. Nightwish znalazł trzecią drogę, tak aby wilk był syty i owca cała.
Jest to tego rodzaju płyta, która może nie oszałamia przy pierwszym kontakcie, ale z każdym kolejnym odsłuchem odsłania swoje piękno, szlachetność, prawdę i zawarte w niej emocje. Zatem wydawnictwo to może nie być miłością od pierwszego wejrzenia, ale raczej stopniowo narastającym uczuciem, a że analogia między muzyką a życiem jest spora, więc dajmy mu szansę, żeby przeżyć coś ciekawego.

Konkludując, życzę nam wszystkim, abyśmy poczuli emanujący od albumu zachwyt nad życiem i światem wokół nas, nad wolnością i nieograniczonymi możliwościami, jakie daje nam sam fakt, że oddychamy, istniejemy i mamy do dyspozycji nasze dekady w słońcu.